Alias "Szarlatan"

Alias "Szarlatan"

Dodano: 
Grzegorz Rzeczkowski, dziennikarz i pisarz
Grzegorz Rzeczkowski, dziennikarz i pisarz Źródło: PAP / Paweł Supernak
PŁK JACEK GAWRYSZEWSKI W efekcie rządów Zjednoczonej Prawicy polskie służby właściwie przestały istnieć. Upartyjnione i ubezwłasnowolnione. Głuche i ślepe. Rozformowane i zdezorganizowane. Kadrowe tsunami pozbawiło je najbardziej doświadczonych i najlepiej wyszkolonych funkcjonariuszy.

Pobojowisko, po którym błąkały się wyliniałe Pegesusy. Paraliż i demolkę perfidnie wykorzystał nieprzyjaciel. W kraju zaroiło się od szpiegów, nielegałów, dywersantów, sabotażystów, prowokatorów i podstępnych agentów wpływu. Taki obraz służb namalowała nowa administracja. "Krzyk" Edvarda Muncha nie oddałby grozy i koszmaru sytuacji.

Donald Tusk wydał polecenie: "Rozliczyć". Premier chce, premier ma. Trzy sejmowe komisje śledcze, jedno śledztwo w PE, cztery zespoły śledcze w PK, cztery komisje rządowe, jedna ustawa o likwidacji CBA, czterech szefów służb z zarzutami, dziesięć "przywróconych" delegatur ABW, jeden nowy departament w KPRM, sto milionów na aparat i jeden kodeks Bondaryka. Wszystko na nic. Szmydt zbiegł, Cenckiewicz odzyskał poświadczenie, zniknęło 19 milionów PESEL-ii, latają drony, runęła kryptogiełda, fake newsy zastąpiły newsy, rodzinie Premiera podprowadzili auto, a sam Premier utajnił raport gen. Jarosława Stróżyka. Podobno dlatego, bo eksperci nie znaleźli ruskich w "Sowie".

Na odsiecz chromemu aparatowi ruszył samotny człowiek. Niepozorny, wątły, przeciętny. Powodowany obawą o losy kraju i jego sojuszy niemalże z dnia na dzień stał się postrachem dla obcych wywiadów, worów w zakonie i kretów. Nie wychodząc z domu zdemaskował niezliczone spiski i intrygi oraz zapobiegł wojnie domowej. Wykrył wreszcie próbę finlandyzacji Polski i nie chodziło tu o rozpijanie narodu wódką z północy.

Grzegorz zawodowiec

Służby zawsze go pociągały. Aby poczuć na własnej skórze klimat inwigilacji i poznać urok tajnych operacji porzuca publicystykę na rzecz dziennikarstwa śledczego. Nie dysponując warsztatem, fachowym przygotowaniem ani doświadczeniem stawia na samokształcenie. Bez wytchnienia trałuje internet w poszukiwaniu jawnych informacji o tajnych służbach. Pochłania kryminały i powieści szpiegowskie. Pasjami ogląda filmy o przygodach legendarnych agentów. Natchniony słucha bajek esbeków o służbie w służbach. Estymą darzy i "zielonych" i "czerwonych". Mentorzy adepta to Marek Dukaczewski i Włodzimierz Sokołowski ps. Severski, których spryt, profesjonalizm i odwaga onieśmiela go i motywuje. Trudnego rzemiosła uczy się w asyście wiernego towarzysza Tomasza Piątka. Duet ascetyczny Grzegorz i rubaszny Tomasz wkrótce wstrząśnie opinią publiczną i klasą polityczną.

Absolwent europeistyki UJ pilnie studiuje metody i formy pracy operacyjnej, w tym tajniki obserwacji, legalizacji i działań "pod przykryciem". Z takim samym zapałem przyswaja wiedzę z zakresu czynności procesowych takich jak metodykę przesłuchań, zabezpieczanie śladów kryminalistycznych i stosowanie środków przymusu bezpośredniego. Cały cykl ma charakter eksternistyczny, a egzaminy zdaje w trybie zdalnym. Zobowiązany do zachowania tajemnicy do dzisiaj nie zdradził nazwisk instruktorów ani autorów podręczników. Owszem kilka razy wspominał o skryptach wykorzystywanych w procesie szkolenia funkcjonariuszy rosyjskiego wywiadu zagranicznego, ale to mogła być kontrolowana nieporadność. Cwany gapa.

Coraz bardziej znużony monotonią pracy w redakcji i przekonany o swoich kwalifikacjach dochodzi do wniosku, że czas najwyższy zdyskontować nabytą wiedzę teoretyczną i ruszyć do pracy w terenie, czyli do internetu. Skromność nie pozwala nowicjuszowi pozycjonować się w gronie branżowych czeladników, ale wysoka samoocena robi swoje. Jeszcze nie wymiatacz ale juz młodszy ekspert. Bodźcem do ostatecznej zmiany profilu zawodowego był skandal obyczajowy klasy "pudelek", który przeszedł do historii III RP jako afera taśmowa. Wściekły na indolencję organów ścigania Grzegorz Rzeczkowski zakłada sprawę operacyjnego rozpracowania krypt. "Cyrylica". Natchnął go Donald Tusk. Gdy ten stwierdził, że scenariusz zamachu stanu pisany był obcym alfabetem świeżo upieczony rzemieślnik sztuki kontrwywiadu nabrał pewności, że Premierowi chodziło właśnie o grażdankę. Szybko okaże się, że był jeszcze jeden motyw, dla którego Rzeczkowski zszedł do podziemia. PO w październiku 2015 roku przegrała wybory parlamentarne i po ośmiu latach straciła władzę. Rzeczkowski jako zatwardziały postępowiec nie mógł pogodzić się z myślą, że polskie społeczeństwo, tak same z siebie wybrało inną opcję. Przecież za tą fatalną decyzją musiały stać służby. Polskie i rosyjskie, a właściwie polsko-rosyjskie. Nigdy nie był symetrystą.

Dochodzeniowiec

Wszechstronne i dogłębne wyjaśnienie mechanizmu tego puczu do dzisiaj pozostaje największym operacyjnym triumfem Rzeczkowskiego. Sukces w dochodzeniu prawdy, o handlu taśmami w syberyjskiej saunie rozpoczął zawrotną karierę oficera-amatora. Ważną rolę w prześwietleniu intrygi odegrały "źródła w służbach", jak sam określał swoich kapusi. Niestety nie mógł wiedzieć, że akurat te OZI pracowały na dwie strony. Pewny, że dochodzenie w internecie zapewnia mu anonimowość, a całej operacji gwarantuje odpowiedni poziom konspiracji większość odkryć poczynił właśnie w sieci. W antypolskich knowaniach mieli zatem uczestniczyć: jeden przedsiębiorca, dwóch garcons, sześcioro prokuratorów, jeden ambasador RP, czterech agentów CBA i jeden rosyjski wywiad wojskowy. Sieciowe śledztwo Rzeczkowskiego ujawniło między innymi rolę Cypru jako tajnej bazy GRU na Morzu Śródziemnym, zdemaskowało kilku łączników Moskwy w Warszawie i jej okolicach oraz wykazało, że jeden z zastępców szefa ABW chodził na siłownię.

Do dzisiaj nikt nie potwierdził niczego, co z takim znojem ustalił Rzeczkowski. Dlatego się wściekł. Zignorował go sam "obalony" Premier. Zlekceważył Koordynator specsłużb, a ramionami wzruszył Prokurator Krajowy. "Pewno też są w spisku" wydedukował Rzeczkowski. Niezrażony tym przejściowym niepowodzeniem zdecydował, że z obranej raz drogi nie zejdzie. Później spotka na niej krajową Matę Hari czyli Klementynę Suchanow.

W latach 2019-2026 wytropił i ujawnił jeszcze kilka, innych operacji rosyjskiego wywiadu w Polsce. W tym celu założył sprawę problemową krypt. "Szpiedzy Putina". Na pierwszy ogień poszedł przestępczy syndykat, czyli rosyjscy oligarchowie z cypryjskich kancelarii oraz lokalni producenci prądu ze słońca i wiatru. Gospodarczy szok i niedowierzanie, bo Kreml chcąc przejąć polską energetykę postawił na źródła odnawialne. Cel operacji – sabotaż elektrowni Turów. Rozpracowanie tej misternej siatki inwestorów, prawników i operatorów nie było trudne. Przynajmniej dla niego. Szybko okazało się, że wyłącznie dla niego, bo i tym śledztwem zainteresował się tylko pies z kulawą nogą (informacja jednoźródłowa). Znów się wściekł. Negatywnym emocjom dał wyraz w rozmowie z red. Renatą Grochal, która też długo nie mogła wyjść z poznawczej traumy. Kiedy Bronisław Komorowski i Dariusz Joński nieśmiało próbowali wątpić, że za zieloną energią na Dolnym Śląsku stoi GRU Rzeczkowski dorzucił ich do spisku. Tajne przymierze powiększyło się o prezydenta i europosła.

Do dalszej, wytężonej pracy operacyjnej zmotywowały go ustalenia rządowej komisji dowodzonej przez inżyniera pola walki gen. Jarosława Stróżyka. Jej eksperci orzekli, że PiS obezwładnił polski kontrwywiad likwidując delegatury ABW. Rzeczkowski, który już wcześniej "badał" sprawę złapał wiatr w żagle. Wreszcie nie był sam. Dzień i noc analizował niepowetowane straty jakie dla bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO przyniosła kasacja jednostek terenowych cywilnej służby specjalnej. I chociaż żadnej likwidacji nigdy nie było rząd o świcie "przywraca" delegatury. Sukces Rzeczkowskiego jest jednak połowiczny, bo Donald Tusk likwiduje komisję ekspertów i nigdy jej już nie "przywraca". W tym wątku najciekawszy jest fakt, iż aktywista najbardziej lamentował nad "rozwiązaniem" delegatury stołecznej twierdząc, że w rezultacie miasto stało się zagłębiem obcej agentury. I jak na złość właśnie tej jednostki nowe kierownictwo służb nie reaktywowało. W Radomiu delegatura jest, a w Warszawie delegatury nie ma. Na szczęście w stolicy operuje Rzeczkowski.

Pomimo wewnętrznych napięć umacnia swoją markę speca od specsłużb i jako taki wszczyna kolejne śledztwa. Rosyjskie ślady ujawni wkrótce w aferze podkarpackiej, w amerykańskim skandalu Maxwell/Epstein i na giełdzie kryptowalut. Najbardziej wyraźne odciski lini papilarnych macek GRU odkrywa właśnie w tej ostatniej branży. W kwietniu na portalu Radia "Zet" autorytet oświadcza, że wszystko jasne. To największa od 1989 roku kombinacja operacyjna GRU w Polsce, "fasadowana" przez co najmniej dwie rosyjskie mafie. Polski kontrwywiad tego nie wie, bo ma braki warsztatowe i złogi w środku. I znów inspiruje go, ewentualnie podpuszcza Donald Tusk. W dniu 17 kwietnia 2026 roku z trybuny sejmowej Premier ogłosił, że biznesplan Zondacrypto napisany został cyrylicą. Brzmi znajomo. Pod koniec sierpnia Rzeczkowski w rozmowie TVP Info nt. Zondacrypto o tzw. "sołncewie" nawet nie pisnął. Zdalne szkolenie z zakresu prowadzenia konfliktów kognitywnych utwierdziło go w przekonaniu, że krótkowzroczność organów w tej sprawie to efekt rosyjskiego oddziaływania. Przecież generał Pytel nie może się mylić.

Z wykryciem drugiego dna skandalu Maxwell/Epstein poszło łatwiej. To katalogowa, długofalowa i pełnoskalowa operacja Rosjan. Honey trap to okablowana przez SWR karaibska wyspa. Agenci wabią swoje ofiary na lep luksusu i blichtru, a pliki pełne kompromatów ślą na Łubiankę. Rzeczkowski apeluje do FBI i CIA żeby się ogarnęły i pomogły mu w śledztwie. Zrobił to już przecież Minister Waldemar Żurek powołując stosowną komisję. Żeby sprawę znacjonalizować amator kontrwywiadu łączy ją z Podkarpaciem. Nie pomogło. Sprawa umarła śmiercią zupełnie naturalną, a prawdziwi śledczy nie stwierdzili udziału osób trzecich.

Konikiem Rzeczkowskiego jest także Pegasus. Choć komisja Nadkomisarz Magdaleny Sroki po prawie trzech latach pracy ruskich nie wykryła on swoje wie. Podobnie jak w przypadku komisji "wizowej". As obliczył, że do Polski wjechały pi x oko setki agentów i teraz szukaj wiatru w polu. On jednak go szuka, choć już bez Piątka. Tego chwilowo opuściła twórcza wena.

Agent wpływu, czyli influencer

Spektakularne osiągnięcia Grzegorza Rzeczkowskiego w demaskowaniu rosyjskich wpływów nie mogły pozostać bez medialnego echa. Nobilitowany do miana zawodowca został dyżurnym rzeczoznawcą od tajnych służb. Kokieteryjnie bronił się przed taką tytulaturą, ale szybko przyzwyczaił się do nowej roli. Wszakże ukończył wieczorowy kurs, więc o rzemiośle wie więcej niż niejeden pułkownik. Został agentem wpływu. Z zapałem zabrał się za uświadamianie społeczeństwu, że ruscy już tu są, a on dokładnie wie gdzie i pod jaką postacią. Pożar palet w składzie budowlanym, zerwana trakcja elektryczna, wyborcze zwycięstwo Trumpa czy Brexit to wszystko sprawka rosyjskiego wywiadu. To widać, słychać i czuć. W niepoliczalnych wystąpieniach medialnych ostrzegał, demaskował i ujawniał. Z mechaniczną precyzją i bez emocji opowiadał o swoich brawurowych i ryzykownych misjach w internecie. Beznamiętnie tłumaczył who is who w rosyjskiej oligarchii oraz jak głęboko GRU zinfiltrowało ABW. Z wypiekami na bladej twarzy opowiadał, jak ustalił, że hiszpańscy poławiacze bursztynu u ujścia Wisły to raczej oddział zwiadu rosyjskiej armii. W tej i w wielu innych operacjach Rzeczkowski też brał udział, tyle że w sposób zdalny. Największe wrażenie robił na kobietach. Biedrzycka, Wysocka-Schnepf i Opolska założyły fan klub agenta Grzegorza. Wśród nich czuł się najlepiej i dlatego właśnie redaktorkom zdradził dwa największe, operacyjne dokonania tj. planowaną przez Macierewicza wojnę domową oraz scenariusz rozbioru Ukrainy. Aby wzbudzić podziw wmówił paniom, że zadarł z mafią, która chce go zakneblować. Zahipnotyzowane heroiczną i prometejską postawą dzielnego śledczego ze łzami wzruszenia słuchały meldunków z okopów proxy wojny.

Tymczasem popularyzator wiedzy o maskirowkach i cypryjskich fixerach został wyrzucony z "Polityki". Mieli dość pozwów od ofiar śledczego zapału Rzeczkowskiego. Z "Newsweeka" odszedł podobno na własną prośbę, ale według innej wersji właściciel tygodnika miał obawy, że fatamorgany redaktora mogą przerodzić się w całkiem realne wokandy.

Utrata etatu, który był przecież tylko "przykrywką" nie zraziła agitatora. Zwiększył częstotliwość występów w mediach, choć powoli obniżał się poziom interlokutorów. Po tym jak udzielił się u Grucy i Rozenka w pewnym momencie został mu już tylko kanał ściekowy Jana "Tego" Świńskiego. Wystąpił, choć z nieskrywanym obrzydzeniem. Tak jak w wywiadzie: cel uświęca środki. Operacyjne środki.

Konfabulacje Rzeczkowskiego autoryzowali Tomasz Siemoniak, Bartłomiej Sienkiewicz herbu "Kamieni kupa" i "obalony" przez zamachowców z restauracji Donald Tusk. Rażony "slappami", prześladowany i wyśmiewany był dla nich ostatnią redutą obrony przed inwazją prawdy. Kiedy w 2024 roku Premier z Sopotu wrócił do władzy zadeklarował: "Ruskie, non pasaran". Awansowany na stanowisko starszego eksperta od służb arcy sygnalista przyjął deklarację bez entuzjazmu. Przecież, gdyby ktoś na serio chciał potraktować jego "niebywałe" i "niesłychane" ustalenia to będzie blamaż. Cwany gapa dobrze wie, że zamiana nieruchomości zabudowanych, zlokalizowanych na południe od Warszawy nie była elementem finlandyzacji Polski, a rząd Morawieckiego nie planowal kolonizacji zachodniej Ukrainy. W tej sytuacji Rzeczkowski przechodzi kolejną zawodową metamorfozę. Postanowił, że zostanie oficerem politycznym czyli dezinformatorem.

Dezinformator

I w tej roli Grzegorz Rzeczkowski czuje się komfortowo. Jeszcze w trakcie eksternistycznego kursu uczył się technik manipulacji, insynuacji i imputacji. To właśnie te umiejętności pozwoliły mu precyzyjnie zmierzyć głębokość rosyjskiej penetracji. Sięgnęła dna. Uznał i ogłosił, że wyparcie tej prawdy to wynik wielopiętrowej intrygi Rosjan, którzy już nie raz chcieli go skompromitować i zastraszyć. Ten metodologiczny fortel znów podpowiedział mu gen. Piotr Pytel.

Już nie będzie walczył o prawdę. Teraz będzie walczył z kłamstwem. Żeby było łatwiej sam dokona wstępnej oceny, co jest czym. Proces selekcji był prosty. Jeżeli ktoś kwestionuje urojenia Rzeczkowskiego jest kłamcą. Jeżeli ktoś je aprobuje to mówi prawdę. Oczywiście "Grzegorz zawodowiec" skoncentrował się na swoim hobby czyli służbach specjalnych. Odkrył, że znane z epoki "Zimnej Wojny" pranie mózgów to teraz wojna kognitywna, stanowiąca element I Światowej Wojny Hybrydowej. Jej bitwy i potyczki mają miejsce w sieci i jej emanacji czyli w mediach społecznościowych. Śledczy w stanie spoczynku apeluje do władz o cenzurę prewencyjną. W innym przypadku polskojęzyczne trolle z Petersburga opanują świadomość i podświadomość polskiego społeczeństwa, które jego zdaniem jest mało wyrobione, czyli podatne. Rzeczkowski błaga rząd o utworzenie centralnej instytucji z delegaturami we wszystkich województwach i w części powiatów odpowiedzialnej za walkę z rozprzestrzeniającym się farmazonem. Oczywiście powinna to być formacja mundurowa o uprawnieniach operacyjno – śledczych. Nieskromnie postuluje się na jej szefa. Władza sympatyzując z jego rekomendacjami tworzy w KPRM nowy departament ds. wojny informacyjnej oraz powołuje społeczną radę ds. fake stories. Zdaniem Rzeczkowskiego to mały pikuś w stosunku do potrzeb. Potrzebny jest duzy Pikuś, czyli on.

Trochę poobijany chodzi już wyłącznie do Wysockiej-Schnepf, która podziela jego brunatną wizję przyszłości. Grzmią razem. Niech wreszcie służby specjalne wezmą się za wrogą narrację i wsadzą jej promotorów. Guru dobrze wie, co trzeba zrobić. Trzeba ich zwalczać przy użyciu metod znanych z pracy operacyjnej. Dezinformatorów należy rozpoznać, rozpracować i zneutralizować. Ewentualnie "odwrócić".

Jego broń to gołe fakty całą dobę. Bez dodatków, bez konserwantów i bez wzmacniaczy gorzkiego smaku prawdy. Tak sam ocenia własne piśmiennictwo. Wszystko jednak wskazuje na to, że jego prawdę o gierkach, machinacjach i zasłonach dymnych należy kojarzyć raczej z tytułem największego radzieckiego dziennika. X razy zapewniał, że antypolską operację w "Sowie" przygotowały i zrealizowały służby bezpieczeństwa FR. Póżniej jeszcze przynajmniej trzy razy zmieniał własną wersję wydarzeń. Dlaczego zatem do dzisiaj domaga się wyjaśnienia afery podsłuchowej. Przecież już ją wyjaśnił i to na 240 stronach swojej książki. Tam wszystko jest w trybie oznajmującym.

To co obok kompleksów motywuje twórców i promotorów teorii spiskowych to narcyzm i przekonanie o ekskluzywności wiedzy jaką rzekomo posiadają. Wiem coś, o czym nie wie nikt. Nawet kontrwywiad Tomasza Siemoniaka. Grzegorz Rzeczkowski to być może klasyczny przypadek nieświadomej niekompetencji, choć wielowariantowość jego ustaleń każe przypuszczać, że powoli zaczyna zdawać sobie sprawę z braku elementarnej wiedzy. Zaoczna zawodówka wieczorową porą to jednak zbyt mało. Im mniej osób podziela jego opinie, tym bardziej jest przekonany o swojej racji. Trochę żal słuchaczy jego wykładów o dezinformacji, choć z drugiej strony iluzjonista dobrze wie o czym mówi.

Pytany przez Jacka Pałasińskiego dlaczego Donald Tusk nie wsadza do więzień ustalonych przez niego szpiegów Putina nieoczekiwanie szczerze odpowiedział: "Nie mam dowodów". Uczciwość, która świetnie koresponduje z recenzją własnej książki o perypetiach agentów. "Historia brzmi jak fabuła sensacyjnego filmu" stwierdził bałwochwalczo autor. Jedyny obraz z tego gatunku jaki przychodzi na myśl to "Pulp Fiction" Quentina Tarantino.

Rzeczkowski czasami zestawia własny, "twórczy" los z dziennikarzami, którzy zginęli wykonując swój zawód. Powołuje się przy tym na przykłady z Rosji, Malty i Słowacji. Jednak jedyne uzasadnione porównanie jego sfabrykowanych kreacji to to z grupą dziennikarskich szarlatanów w stylu Claasa Relotiusa z "Der Spiegel" czy Jaysona Blaira z "The New York Times". Pośpieszna eksfiltracja z leciwej "Polityki" nastąpiła rychło w czas.

Złość towarzysząca mu przy badaniu kolejnych wpływów i powiązań ustąpiła miejsca rozczarowaniu. Dzisiaj jest rozżalony, bo jak sam przyznał wszystkie "jego" sprawy dotyczące kremlowskich spisków rozmyły się. I po co było lać tyle wody.

Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.

Czytaj też:
Czarny wywiad (cz. I)
Czytaj też:
Czarny wywiad (cz. II)

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także