Czas żałoby nie jest dobry na roztrząsanie. Jednak temat zbrodni w Jarosławiu żyje, a okoliczności mordu wręcz proszą się o poważną refleksję. Tym bardziej że obecny etap wojny na Ukrainie kiedyś się skończy, a problemu weteranów, którzy mogą liczniej przybywać do Polski, nie możemy odłożyć na zaś. W przeciwnym wypadku obudzimy się w rzeczywistości, w której Jarosław był tylko wstępem do nowego rozdziału w historii Polski.
Część osób, również po prawej stronie, uporczywie odmawia pogodzenia się z rzeczywistością w kwestii ukraińskiego zagrożenia w Polsce. W rozmowach z takimi lekkoduchami od początku powtarzam choćby pierwszy z brzegu, najprostszy argument. Nie jestem darwinistą, ale nie można być ślepym na to, że w stosunkach społecznych toczy się nieustanna gra sił. Kiedy w szkole, na ulicy czy na placu zabaw spotykają się ludzie o różnym nastawieniu i sprzecznych interesach – musi dojść do tarcia. Gdy w takiej sytuacji pojawi się żywioł obcy i mocniejszy od nas – ukraiński weteran, który zaledwie wczoraj patrzył śmierci w oczy i zabijał – to przeciętny Polak stanie wobec niego w skrajnej dysproporcji sił, mogąc liczyć jedynie na cywilizowane zachowanie ze strony przybysza.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
