Jurek dla DoRzeczy.pl: Budapeszt na zakręcie

Jurek dla DoRzeczy.pl: Budapeszt na zakręcie

Dodano: 145
Viktor Orban i Donald Tusk
Viktor Orban i Donald Tusk / Źródło: PAP/EPA / Virginia Mayo
Napięcie na linii EPP-Fidesz to znacznie więcej niż partyjny incydent, albo koniec starej przyjaźni Donalda Tuska i Viktora Orbána. I nie chodzi tylko o to, że europejska postchadecja jest zwornikiem lewicowego consensusu Unii Europejskiej. Nigdy nie dość powtarzać, że przełomowym procesem w politycznym załamaniu cywilizacji europejskiej było przyjęcie kultury skrajnej lewicy przez (niegdyś) chrześcijańską demokrację. Ale nie o ich rolę w Unii Europejskiej w tym momencie chodzi – pisze Marek Jurek w swoim tekście dla portalu DoRzeczy.pl.

W polityce Węgier współpraca Fidesz w niemiecką CDU, a jeszcze bardziej z bawarską CSU, udział w Europejskiej Partii Ludowej i wreszcie osobiste relacje Orbána i Tuska tworzyły system reasekuracji niezależnej polityki Węgier w Europie.

Gdy w RP 2012 zawieźliśmy z Marianem Piłką list solidarności polskich środowisk katolickich wobec Węgier – László Kövér, przewodniczący parlamentu, a krótko potem epizodyczny prezydent, przyjął nas uroczyście jak delegację państwową w Zgromadzeniu Narodowym. Na jednym im jednak zależało: żeby na konferencji prasowej nie zamieniać solidarności polsko-węgierskiej w demonstrację polskiej opozycji. Relacje z polskim rządem były dla nich bardzo ważne, właśnie w kontekście ataków ze strony Parlamentu Europejskiego. (Na marginesie warto zaznaczyć, że kompletnie nie rozumieli tego wszyscy, którzy pisali o „zdradzie” Węgier w czasie przedłużenia mandatu Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej). Dziś to się kończy, Viktor Orbán staje w długim szeregu polityków, których – jak Macieja Płażyńskiego, Jana Rokitę, Jarosława Gowina i wielu innych – Tusk wyrzucił z tramwaju swojej kariery.

Niemiecka polityka Fidesz była też bardzo ciekawa. Orbán jeździł na zjazdy i konferencje niemieckiej chadecji i tłumaczył im, że jako „chrześcijańscy demokraci” powinni walczyć o chrześcijańską Europę, że dekadencji nie można się poddawać, że chrześcijanie są ciągle większością. Naiwność? Raczej wyższy realizm, wykorzystujący cały potencjał rzeczywistości. Pesymizm przybiera często formę samorealizującej się przepowiedni klęski. To, co materialnie odbieramy jako „naiwną politykę”, potrafi uruchamiać samorealizującą się nadzieją.

Dobrym tego przykładem jest pontyfikat Jana Pawła II. Oczywiście świętemu papieżowi nie udało się przekonać świata liberalnego, że prawa człowieka spełniają się w prawie natury, w celowości, którą Logos nadał życiu ludzkiemu. Nie było to możliwe, bo Prawa Człowieka proklamowano (i rozwijano) w świadomej opozycji wobec chrześcijańskiej wiary i antropologii. Ale nie zmienia to faktu, że odwracając front o 9o˚ Jan Paweł II ożywił ruch obrony życia i rodziny w całym świecie zachodnim (dzięki czemu opinia chrześcijańska przetrwała często bez reprezentacji politycznej), a przede wszystkim wpłynął na zbudowanie własnej tożsamości przez nowe państwa Europy Środkowej, spragnione (a nieświadome przemiany) zachodniej demokracji, a jednocześnie żyjące zachowaną i odradzającą się tradycją narodową.

Wtedy, w 2012, na przyjęciu w Zgromadzeniu Narodowym László Kövér opowiadał nam, jak z Viktorem Orbánem i swoimi narzeczonymi przyjechali na pielgrzymkę 1987 roku do Polski. Byliśmy bardzo zdziwieni, gdy nam powiedzieli, że właśnie wtedy nabrali przekonania, że komunizm rychło upadnie. Dla nas tamta pielgrzymka, po entuzjazmie dwóch poprzednich, po załamaniu solidarnościowego oporu, miała dość pesymistyczny posmak.

Jeżeli dziś rzeczywiście dojdzie do wykluczenia Fidesz z EPP, a to możliwe, Węgry będą musiały szukać nowej drogi w Europie. Polska też musi przemyśleć konsekwencję nowych agresywnych ataków z Brukseli. W każdym razie – spotykamy się raz jeszcze.

Źródło: DoRzeczy.pl
 145
Czytaj także