Sen Kara Mustafy się nie spełni
  • Witold RepetowiczAutor:Witold Repetowicz

Sen Kara Mustafy się nie spełni

Dodano: 
Recep Erdogan, prezydent Turcji
Recep Erdogan, prezydent Turcji Źródło:Wikimedia Commons
Członkostwo Turcji w Unii Europejskiej to całkowity absurd. Zwłaszcza tej erdoganowskiej, a innej przecież nie ma i długo nie będzie. Ekstremiści islamistyczni i nacjonalistyczni, dominujący w polityce tego kraju, nijak się mają do czegokolwiek, co reprezentuje sobą Europa.

Wiele osób powątpiewa, czy rzeczywiście tureckiemu prezydentowi Recepowi Tayyipowi Erdoğanowi zależy na członkostwie Turcji w Unii Europejskiej. W ostatnich latach wykazywał bardziej zainteresowanie zwrotem na wschód, czyli budowaniem tureckiej strefy wpływów na Bliskim Wschodzie, na Kaukazie Południowym czy też w Azji Centralnej. Jednakże z wielkomocarstwowych planów niewiele wyszło, a projekt neoosmański przekształcił się w hybrydowego potworka: połączenie eurazjatyzmu z neoosmanizmem, panturkizmem, ze szczyptą neokemalizmu. Słowem: reaktywność i zwroty o 180 stopni bez uzyskania czegokolwiek. Byleby ciemny lud anatolijski kupował bajkę o potężnym sułtanie, przed którym możni tego świata klękają z pokorą. To był główny powód jego zwycięstwa w tegorocznych wyborach.

Problem w tym, że bogaci monarchowie arabscy, do których niedawno Erdoğan wybrał się na żebry, absolutnie nie zamierzają przed nim klękać. Podobnie jest z Xi Jin Pingiem, a nawet Putinem, którego Erdoğan może teraz trochę przeczołgać w azjatyckim stylu (tak jak wcześniej robił to wobec niego Putin), ale sułtan wie, że nie może sobie na za dużo pozwolić. Tymczasem w kontaktach z liderami UE Erdoğan ma zupełnie inne doświadczenia. W 2015 r. przeczołgał Angelę Merkel i Donalda Tuska, zmuszając ich do wypowiadania peanów na swój temat, natomiast w 2021 r. upokorzył Ursulę von der Leyen, a z Charlesa Michela zrobił pajaca. Bardziej problematyczne jest jednak to, że władze Niemiec udają, iż nie widzą, jak w ich kraju panoszą się tureckie służby specjalne z siatką ok. 6 tys. agentów, a także islamistyczna struktura DITIB zarządzająca tysiącem meczetów, nie mówiąc już o jeszcze bardziej ekstremistycznej Milli Gorus czy też nacjonalistycznych ekstremistach spod znaku Szarych Wilków. Dla świętego spokoju i w imię multi-kulti Niemcy woleli tego nie ruszać. Bożyszcze niemieckich fanów piłki nożnej, Mesut Ozil, może więc tatuować sobie symbolikę Szarych Wilków (turecki odpowiednik swastyki) na piersi, a i tak znajdzie się wielu, którzy każdą jego krytykę uznają za rasizm. Bo Niemcy nie ogarniają problemów z tureckimi ekstremistami i ogarniać ich nie chcą.

Artykuł został opublikowany w 47/2023 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Czytaj także