W ostatnich tygodniach wystarczyło kilka komunikatów o żegludze, groźby blokady i nerwowe ruchy wokół Cieśniny Ormuz, aby rynek zaczął wyceniać ryzyko przerw w dostawach. W tym miejscu warto pamiętać o skali. Ormuz jest korytarzem, którym przepływa około jedna piąta światowych dostaw ropy i gazu. Kiedy to przejście staje się polem nacisku, rachunek za konflikt płacą nie tylko uczestnicy wojny, ale też importerzy, ubezpieczyciele, armatorzy i całe łańcuchy dostaw.
Chiny są w tej układance paradoksalnym graczem. Z jednej strony są największym odbiorcą energii z kierunku, który może zostać zdestabilizowany, a więc mają powody do obaw. Z drugiej, są relatywnie lepiej przygotowane na szok niż wiele innych gospodarek. Pekin stać na dywersyfikację dzięki rurociągom, produkcji krajowej i importom z Rosji, Azji Centralnej oraz Mjanmy. Chiny posiadają też ogromną bazę pojazdów elektrycznych, która ogranicza część popytu na paliwa.
