Kiedy pytają mnie, jak rodzą się projekty moich podróży, nie zawsze umiem udzielić precyzyjnej odpowiedzi. Czasem zaczyna się od książki czytanej w młodości, czasem od nazwiska dawnego odkrywcy, czasem od fotografii widzianej przypadkiem w gazecie. Bywa, że wystarczy jedno zdanie, jedna mapa albo opowieść człowieka, który wrócił z miejsca tak odległego, że nawet jego zmęczenie wydaje się egzotyczne.
Z Ha Long było prościej. Zaczęło się od filmu. „Indochiny” z Catherine Deneuve nie były dla mnie tylko nostalgiczną opowieścią o utraconej potędze kolonialnej. Były obrazem świata, który odchodził powoli, zostawiając po sobie zapach opium, wilgotnych plantacji, starych albumów i melancholii, której Europa nigdy do końca nie umiała zrozumieć. Na ekranie pojawiały się wyspy Zatoki Tonkińskiej – ciemne, tajemnicze, wyrastające z wody jak resztki zatopionego królestwa. Aktorka, plantacja kauczuku, dramat miłosny i polityczny zatonęły z czasem w pamięci, ale krajobraz został. To on kazał mi ruszyć do Wietnamu.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
