Surowce: cena wolności
  • Agnieszka ŁakomaAutor:Agnieszka Łakoma

Surowce: cena wolności

Dodano: 
Inwestujemy w bezpieczeństwo energetyczne
Inwestujemy w bezpieczeństwo energetyczne Źródło: Dariusz Gorajski / Forum
Polska za pięć lat może przestać kupować gaz z Rosji i zastąpić go norweskim, amerykańskim, katarskim lub jakimkolwiek innym. A gdyby Rosjanie zakręcili kurek na ropociągu Przyjaźń, korzystamy z Naftoportu. To prawdziwa rewolucja i jak każda, ta też jest kosztowna

Jesteśmy w trakcie rewolucji, bo tylko tak można określić plan rezygnacji Polski z rosyjskiego gazu, który sprowadzamy od dziesięcioleci. A mając jeden niewielki rurociąg z Niemcami, Polska zdana była na łaskę i niełaskę jednej tylko firmy – koncernu Gazprom.

Małymi krokami

Polska ma już za sobą zmianę ewolucyjną, bo od roku działa na dobre gazoport w Świnoujściu i statkami sprowadza gaz skroplony z Kataru, Norwegii i USA. W porównaniu z potrzebami kraju (16 mld m sześc. rocznie) dostawy są niewielkie, a i sam terminal nie jest w pełni wykorzystywany. Nadal zatem – choć mamy nową drogę importu paliwa – i tak najwięcej kupujemy od rosyjskiego Gazpromu. Na dodatek musimy zapłacić za określoną w kontrakcie ilość gazu, nawet jeśli potrzebowalibyśmy go znacznie mniej. W myśl zasady „take or pay”, czyli „bierz lub płać”, co niektórzy z ekspertów interpretują jako „płacz i płać”. Ta zasada to tylko jeden z powodów, które skłoniły Polskę do szukania możliwości zróżnicowania dróg i kierunków importu gazu. Lista powodów jest długa, wynika z historii i często napiętych relacji na linii Gazprom – Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. I nie chodzi tylko o wyczekiwanie polskich prezesów na rozmowy z „partnerami” pod drzwiami w moskiewskim biurowcu potentata. Przede wszystkim chodzi o dyktat cenowy, czyli to, że przepłacaliśmy za gaz i przez lata uzbierały się za to miliardy złotych, oraz o niepewność.

To dlatego Polska chce zrealizować rewolucyjny plan, a po uruchomieniu gazoportu jego drugi etap, czyli połączenie ze złożami norweskimi i gazociągiem Baltic Pipe. Ta skomplikowana i kosztowna inwestycja ma powstać przed końcem 2022 r. – tak, by gaz z Norwegii popłynął, gdy w następnym roku wygaśnie kontrakt z rosyjskim Gazpromem.

Miliardy za dywersyfikację

Jeśli podsumować dotychczasowe wydatki spółki Gaz System – odpowiedzialnej za największe gazociągi oraz budowę terminalu w Świnoujściu – to okazuje się, że sięgają one 8 mld zł. Teraz szykują się kolejne – w ramach projektu Baltic Pipe – 874 mln euro. To część wstępnie oszacowanych wydatków i tylko w odniesieniu do strony polskiej, bo duńscy partnerzy mają do wykonania własne prace – wcale nie tańsze. Poza tym polska firma musi wybudować nowe gazociągi za kilka miliardów złotych.

Skale wydatków na Baltic Pipe trudno jednoznacznie ocenić. Za wcześnie na to, a i tak w trakcie prac mogą się zmienić. Chodzi jednak o 1,7–2 mld euro. Nikt nie ma wątpliwości, że projekt, który jest tak skomplikowany, musi kosztować. W końcu trzeba ułożyć rurociągi na dnie morskim, wybudować tłocznie gazu i dopasować (przygotować) naszą sieć rurociągów tak, by ten nowy gaz można było rozprowadzić po kraju.

Minister Naimski zapewnia, że „zdążymy i jest to oczywistą rzeczą”. Szefowie Gaz Systemu przekonują, że sobie poradzą z wydatkami, chociaż nie mogą liczyć na unijne pieniądze. Wprawdzie Baltic Pipe znalazł się na liście tzw. projektów szczególnego zainteresowania UE, czyli priorytetów, ale poza wsparciem. Unijni decydenci najwyraźniej uznali, że wspólnota dopłaciła już wystarczająco dużo do polskiego bezpieczeństwa energetycznego – dofinansowując budowę gazoportu w Świnoujściu.

Minister Naimski na niedawnym spotkaniu z dziennikarzami przyznał, że nie będzie dofinansowania unijnego, bo projekt jest opłacalny, czyli jest typowym biznesowym przedsięwzięciem. Czy się nie myli – to pokaże badanie rynku. Polska i duńska firma zbierają teraz zamówienia od firm zainteresowanych skorzystaniem z Baltic Pipe.

Bezpieczeństwo musi kosztować

To swoisty test prawdy i już za miesiąc będą znane wyniki. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że to przede wszystkim stronie polskiej zależy na inwestycji. A na razie jest jeden pewny klient Baltic Pipe – to Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Firma ma złoża na szelfie norweskim, na razie wydobywa 600 mln m sześc., ale planuje, że za pięć lat będzie to nawet ok. 3 mld. To jednak ciągle mało, skoro gazociąg będzie miał możliwości trzy razy takie. Szef Gaz Systemu Tomasz Stępień wyjaśnia, że decyzja o rozpoczęciu budowy zależy przede wszystkim od pozytywnych wyników badania rynku. I dopiero na podstawie otrzymanych ofert na zarezerwowanie mocy rurociągu obaj inwestorzy przeprowadzą test ekonomiczny i zdecydują się na umowy z klientami. Jednocześnie liczą, że chętni będą, zwłaszcza że prognozy zakładają wzrost importu gazu do Polski z 12,4 mld m sześc. obecnie do 17,6 mld m sześc. w 2023 r.

Na pewno gazoport i Baltic Pipe to nie jest tanie rozwiązanie, ale mamy określony cel – uniezależnienie się od rosyjskiego gazu, czyli w praktyce bezpieczeństwo i stabilność – mówi Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Wystarczy przypomnieć sobie, że gdy uruchomiliśmy gazoport w Świnoujściu, nasza pozycja negocjacyjna z Gazpromem się poprawiła. Jego zdaniem po wybudowaniu połączenia z Norwegią będziemy mogli, tak jak inne kraje, korzystać na grze rynkowej. I być może uda nam się też stworzyć hub gazowy – swoistą giełdę handlu gazem dla naszej części Europy.

Nie można zapewnić sobie bezpieczeństwa, nie angażując sił i środków, nikt nam tego nie zafunduje – przekonuje Marcin Tarnawski z Instytutu Kościuszki. – Przy tego typu projektach nie można brać pod uwagę tylko kwestii czysto komercyjnej. Tym bardziej że nie wiemy, jak szybko będzie postępować transformacja energetyki.

Ekspert przypomina, że Unia Europejska naciska na rezygnację z węgla, a i polski rząd zapowiada, że stopniowo do 2050 r. energetyka będzie wykorzystywać mniej tego paliwa. Zatem może się okazać, że będziemy produkować energię elektryczną z gazu i będzie to opłacalne.

Szefowie Gaz Systemu jak dotąd niewiele mówią o skutkach inwestycji w bezpieczeństwie energetycznym dla klientów. W oficjalnym komunikacie, cytowanym przez PAP, pojawiła się tylko jedna informacja – przesyłanie gazu polskimi rurociągami będzie droższe. Za pięć lat stawka będzie wyższa o ponad jedną czwartą. Prezes Stępień zapewnia jednak, że to nie będzie efekt wydatków na Baltic Pipe. A po prostu w najbliższych latach skumulują się wydatki na nowe gazociągi w kraju i połączenia z sąsiadami.

W praktyce wszyscy, którzy będą korzystać z sieci Gaz Systemu (czyli największych rurociągów, bo za takie odpowiada firma), będą płacić drożej. W opinii ekspertów ta podwyżka taryf to nie problem. Marcin Tarnawski uważa, że nawet jeśli wzrosną, to będzie to mniejszy koszt dla wszystkich, niż gdyby okazało się, iż za kilka lat wzrośnie popyt na gaz i musielibyśmy zależeć od rosyjskiego dostawcy.

Nie tylko Naftoport

Uzależnienie Polski od rosyjskiego gazu jest niemal legendarne. Znacznie korzystniejszą pozycję nasz kraj ma, gdy chodzi o import ropy, bo od lat działa Naftoport w Gdańsku. I ma możliwości przewyższające potrzeby naftowe polskich rafinerii w Płocku i Gdańsku, które ropę rosyjską odbierają przede wszystkim z rurociągu Przyjaźń. Od początku Naftoport uznawany jest za podstawowy element bezpieczeństwa i dlatego, że istnieje, udało się uniknąć takich kryzysów jak gazowe – gdy np. Gazprom, zakręcając zimą kurek na Ukrainie, powodował, iż kilka państw europejskich – w tym Polska – gaz otrzymywało.

– Chociaż Naftoport gwarantuje nam możliwość sprowadzenia ropy statkami, i to na dużą skalę, a w sytuacji kryzysowej – na którą zawsze trzeba być przygotowanym – jedynym problemem byłoby odpowiednie ustalenie harmonogramu dla statków, to jeszcze nie wszystko – mówi prezes PERN

Igor Wasilewski. – Musimy mieć możliwości zmagazynowania ropy i przesyłania jej z Gdańska do Płocka – dodaje.

Dlatego teraz PERN (odpowiedzialny i za Naftoport, i za polski odcinek Przyjaźni) szykuje nowe inwestycje liczone na setki milionów złotych. Na początek rozbuduje jeszcze terminal naftowy w Gdańsku, który uruchomiono półtora roku temu. – Ta baza naftowa musi być przygotowana na przechowywanie różnych gatunków ropy, bo w ramach dywersyfikacji tak Orlen, jak Lotos sprowadzają od niedawna też ropę z krajów arabskich – wyjaśnia prezes Wasilewski. – Jeśli do tego, jak planujemy, powstaną dodatkowe zbiorniki na paliwo i uda się rozbudować rurociąg między Gdańskiem a Płockiem, to kwestia bezpieczeństwa przestanie być dyskusyjna – dodaje.

To plan na najbliższe trzy lata.

Artykuł został opublikowany w 26/2017 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.
Czytaj także