Przyjdź i zgiń

Dodano: 
Sala kinowa, zdjęcie ilustracyjne
Sala kinowa, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Unsplash / Kilyan Sockalingum
Wiesław Chełminiak | Ekstrawagancka komedia w stylu Wesa Andersona.

Jest rok 1953, bankiet w londyńskim West Endzie, wydany z okazji setnego przedstawienia „Pułapki na myszy”, zakłócają leżące na scenie zwłoki. Do akcji wkracza flegmatyczny inspektor Stoppard w asyście emanującego energią konstabla Stalkera. Ten drugi, żółtodziób płci żeńskiej, nie rozstaje się z notesem, w którym zapisuje m.in. złote myśli szefa. Najważniejsza z nich brzmi: „Nie wyciągać pochopnych wniosków”. Czy trzeba dodawać, że tropiąc mordercę, pocieszna para detektywów złamie tę i wiele innych zasad?

Film jest nafaszerowany autoironią jak pieczony kapłon kaszą, co powinni docenić zwłaszcza fani twórczości Agathy Christie. Królowa kryminału pojawia się nawet na ekranie, wywierając spory wpływ na bieg wypadków. Autorzy składają również hołd amerykańskiemu kinu noir. Narratorem uczynili Leo Kopernicka, babiarza i moczymordę, istną karykaturę hollywoodzkiego reżysera.

Całość recenzji opublikowana jest w 38/2022 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Czytaj także