Cóż z tego bowiem, że przez lata całe darzyłem niewiasty atencją, podziwiałem je, ba, wielbiłem, w niektórych z nich zakochiwałem się nawet, a inne szanowałem, otaczałem czcią, popadając w ekstatyczne wręcz stany na sam ich widok czy dźwięk ich nazwisk. Wszystko to wzięło w łeb za sprawą premiera polskiego rządu i prowadzonej przez niego polityki personalnej. To ten człowiek sprawił, że nie mogę ani patrzeć na kobiety, ani ich słuchać, życzę im jak najgorzej, wyśmiewam je, obmawiam, a nawet – wstyd powiedzieć – wyklinam, choć, naturalnie, nie tak dosadnymi słowami jak niedościgła pod tym względem ministerka od – uwaga! – kultury i dziedzictwa narodowego, Marta Cienkowska. Cóż, mój wokabularz nie jest aż tak bogaty i tak precyzyjny jak wyżej wymienionej, która krótko i węzłowato potrafi wskazać, kogo należy j…ć, a co pier….ć.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
