Pełnomocnik rządu ds. relacji z Ukrainą odniósł się do sprawy w programie "Bez Doktryny", odpowiadając na zarzuty, które pojawiły się po publikacji fragmentów książki Zbigniewa Parafianowicza. – Nie wprowadziłem żadnej cenzury (…) i nikomu niczego nie zakazałem, bo nie miałem takiego prawa. Ja po prostu radziłem ludziom, którzy tam jadą, żeby pilnowali materiału dowodowego – powiedział Kowal.
Polityk podkreślił, że dokumentacja z prac nie jest tajna. – Ja oczekuję, żeby mnie w ogóle tym nie obciążać, bo jestem absolutnie pewien, że postępowałem tak, jak każdy odpowiedzialny człowiek – dodał.
Zarzuty po książce Parafianowicza
Sprawa nabrała rozgłosu po publikacji fragmentów książki "Kłopot z Zełenskim" autorstwa Zbigniewa Parafianowicza. Cytowany przez autora anonimowy polski dyplomata twierdził, że Kowal miał ograniczać obecność dziennikarzy podczas prac. – Kowal wprowadził – można powiedzieć – cenzurę. Nie wpuszczał dziennikarzy do miejsc, w których trwały prace. Nie pozwalał, by w Puźnikach pojawili się dziennikarze, którzy robiliby zdjęcia wydobywanych ofiar UPA – miał mówić jeden z rozmówców autora.
Według tej relacji dziennikarze mieli pojawiać się na miejscu "w kontrolowany sposób" i nie dokumentować dołów, w których znajdowały się ludzkie szczątki. Parafianowicz wskazywał, że widział zdjęcia z miejsca ekshumacji. Jak relacjonował, przedstawiały one szczątki kobiet i dzieci.
Konfederacja: Polacy nie zobaczyli praktycznie niczego
Do sprawy odniósł się także Paweł Usiądek z Konfederacji. W opublikowanym 13 maja wpisie na platformie X zarzucił Kowalowi ograniczanie informacji o przebiegu prac. "W Puźnikach wydobywają szczątki polskich kobiet i dzieci. Polacy nie zobaczą zdjęć – bo tak zdecydował Kowal" – napisał.
Usiądek przypomniał, że ekshumacje ruszyły 24 kwietnia 2025 roku. Wskazał, że mimo historycznej wagi wydarzenia opinia publiczna "nie zobaczyła praktycznie niczego" z miejsca prac. Przywołał też wcześniejsze wypowiedzi przedstawicieli rządu. Kowal mówił wcześniej, że sprawa "wymaga jawności, ale też pewnej delikatności", a wiceminister kultury Maciej Wróbel podkreślał ryzyko rosyjskiej dezinformacji.
Kowal: Priorytetem materiał dowodowy
W rozmowie w "Bez Doktryny" Kowal podkreślał, że jego działania wynikały wyłącznie z troski o prawidłowy przebieg ekshumacji. – Osobom, które to prowadzą, mówiłem tylko, żeby pamiętały, że to jest super ważna sprawa dla Polski – mówił.
Dodał, że kluczowe są interesy prawne RP oraz "interesy osobiste osób, które mają tam bliskich". – Kwestia informacyjna jest również istotna i ona w żaden sposób nie była zablokowana – zapewnił. Jak zaznaczył, za dokumentowanie prac odpowiadali doświadczeni specjaliści, którzy wiedzieli, "kiedy, w jakich okolicznościach i co mogą pokazywać".
Czytaj też:
Makabryczne odkrycie w Hucie Pieniackiej. IPN: To ofiary zbrodni UPA i SS "Galizien"Czytaj też:
Miller nazwał go szefem "banderowskiej piątej kolumny". Kowal: Jestem ofiarą
