Ryszard Gromadzki: Co jest większym wyzwaniem dla kapłana: codzienna posługa w parafii w laicyzującej się ojczyźnie czy – jak to było w przypadku księdza – duszpasterzowanie na krańcach świata?
Ks. Krzysztof Kowal: I jedno, i drugie wymaga realizacji powołania, żeby to robić ze szczęściem. Nie wszyscy nadają się na misje, ale ducha misyjnego zamknąć na zawsze w zwykłej polskiej parafii szkoda. Mówię to o sobie, bo tak to odczuwam. W sierpniu minie 10 lat od objęcia placówki, w której pracuję. Proszę zatem mojego obecnego biskupa o pozwolenie wyjazdu na misje. Wiem, że w Uzbekistanie, w miejscowości Nawoja, czeka wolna parafia, w której mieszka 200 tys. ludzi. Grupa 100 tamtejszych wiernych przez 10 lat zabiegała o zarejestrowanie parafii i przysłanie księdza. Pomimo upływu lat (mam ich 60) niezmiennie czuję w sobie ducha misyjnego, czyli powołanie, żeby w warunkach bardzo różnych od polskich objeżdżać zagubione w wielkich przestrzeniach miejscowości, jak to było na Kamczatce, szukać wiernych i czekać na nich, aż przyjdą. Wracając do pana pytania. Jedna i druga praca wymaga powołania, każda z nich ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne…
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
