Dodatkowym bodźcem jest także kultura popularna z trójką rozpoznawalnych wszędzie bohaterów w osobach Ethana Hunta, Jasona Bourna i Jamesa Bonda. Ten fenomen nie ominął Polski, choć jest tu sporo osobliwości, które zdają się wzmacniać siłę oddziaływania mitów o jednym z najstarszych zawodów świata. Jedna z nich to fakt, że organy administracji rządowej, odpowiedzialne za ochronę porządku konstytucyjnego, określa się na naszym podwórku mianem służb specjalnych. Inaczej niż wszędzie nie są one zatem ani tajne, ani informacyjne, ani wywiadowcze, ani rozpoznawcze tylko specjalne. A takich służb w Polsce właściwie nie ma, bo żadne regulacje nie nazywają ich w ten sposób. Przymiotnik „specjalne” każe przypuszczać, że służby są wszechmogące, wszechwiedzące i wszechobecne. W rezultacie ludzie żyją w przekonaniu, że wpływają one na wyniki wyborów, poziom wód gruntowych, notowania giełdowe i pozorują seryjne samobójstwa. Budzą i strach i podziw jednocześnie. Wszystko mogą. Nic nie muszą. Pomimo prób ich okiełznania ze strony trzech rodzajów władz w powszechnym odbiorze służby rządzą się same, będąc krajową wersją amerykańskiego deep state.
Państwo w określonych przypadkach daje sobie prawo do stosowana przemocy. Ma również wyłączną prerogatywę do używania wyrafinowanych środków, umożliwiających rozpoznanie i neutralizację zagrożeń, godzących w jego bezpieczeństwo. Od zarania III RP ten obszar działalności państwa stał się jeszcze jednym polem konfliktu politycznego. Kolejne administracje albo traktowały służby jak piątą kolumnę albo głęboko zakonspirowaną grupę o przestępczym profilu. Politycy traktowali je trochę jak smartphona. Jest poręczny, inteligentny i wielozadaniowy. Ale przecież w każdej chwili te jego możliwości mogą być użyte przeciwko właścicielowi. Będzie mnie podglądał, podsłuchiwał, śledził, analizował moje zachowania i potrzeby. I właśnie dlatego pożycie służb z III RP to historia pełna przemocowych epizodów i wzajemnej podejrzliwości. Może dlatego jeden z funkcjonariuszy SB wprowadzał w arkana służby „młodych” od Piotra Niemczyka słowami: „Kolego, jak nic nie będziemy robić. to się w nic nie wpi…”.. Do dziś jest to jedna z najbardziej roztropnych, pożądanych i ewolucyjnie rozwiniętych form bytu w tym środowisku.
Faceci w Czerni 2.0.
Gdy w 1990 r. po cichu kończył się PRL, wszystkim wydawało się, że dni służb reżimu są policzone. Niestety, tak jak miało to miejsce w przypadku transformacji ustrojowej, kiedy to komunizm odszedł a komuniści zostali, sieroty po rozwiązanej SB przysposobiła III RP. Był co prawda moment, gdy rozważano opcję „0”, ale na tym oczywistym pod każdym względem rozwiązaniem błyskawicznie postawiono krzyżyk. Zatem zamiast opcji „0” wybrano model „zero opcji”. Opcją nie była przecież weryfikacja esbeków, bo de facto jej nie było. Po 45 latach bycia środkiem przymusu bezpośredniego w rękach PZPR ten swoisty przegląd kadr trwał wielokrotnie krócej niż trwają rozliczenia obecnej administracji z poprzednią. Okazało się, że III RP o dwie dekady wyprzedziła czasy politycznej poprawności, której jednym z atrybutów jest inkluzywnosc. Urząd Ochrony Państwa włączył w swoje szeregi rzesze moralnie skorumpowanych utrwalaczy i utrwalaczek władzy ludowej. Jednocześnie Kozłowski i Milczanowski podejrzliwie patrzyli na garstkę zapaleńców, często praktykujących wcześniej w solidarnościowej konspiracji, którzy aplikowali wówczas o pracę. I tak polityczna elita wolnej od kilku miesięcy Polski postanowiła, że na straży jej bezpieczeństwa staną jej zajadli prześladowcy. Oczywiście wynaleziono i opatentowano chwytliwy pretekst dla tej decyzji. Ogłoszono, że funkcjonariusze SB to fachowcy. Tej kadry zazdrości nam nawet MI 5 i FBI. Bezszelestni, niewidzialni, niepowtarzalni. Do tego z gruntu fałszywego argumentu dodano trochę później jeszcze jeden, bardziej taktyczny. Sienkiewicz i spółka zdołali przekonać samych siebie, że lepiej mieć to towarzystwo w gmachu przy Rakowieckiej niż na tzw. mieście. Niestety w swojej naiwności nie zauważyli, że mieli ich i w budynku, i na mieście. Najgorszy link z możliwych. Właściwie do 2010 roku o tym jak funkcjonują służby decydowali ci, którzy swoje doświadczenia zdobywali w aparacie komunistycznego państwa. ABW i AW zaprojektowali prawie wyłącznie absolwenci Wyższej Szkoły Oficerskiej im. Feliksa Dzierżyńskiego w Legionowie. Przemiany po 1990 zmiotły prawie wszystko czym był i z czym kojarzył się PRL. Uspołeczniona gospodarka nie wytrzymała konfrontacji z wolnym rynkiem. Zniesiono wszystkie instytucje poprzedniego reżimu, a w ich miejsce powstały nowe. Uchowali się tylko funkcjonariusze aparatu przemocy. Okazało się, że łatwiej było stracić pracę położnej niż w SB.
UOP stal się zatem enklawą i oazą peerelowskiej elity, do jakiej należeli esbecy i choć miał kilka racjonalnych rozwiązań, to jednak zasadniczo był kopią modelu ancien reżimu. Był bardziej organem ścigania niż służbą rozpoznawczą. To praktyczny modus operandi, bo gdy ktoś nie dał się zwerbować, to obrońcy sojuszu z ZSRR fundowali mu śledztwo, a następnie proces karny. Organizacja jednostek terenowych bazowała na Wojewódzkich Urzędach Spraw Wewnętrznych, utworzonych jeszcze w 1983 r. Przed 1990 r. SB i tzw. wojskówka to przykład family business. Nie inaczej było w UOP. Enigmatyczna i iluzoryczna weryfikacja utrwaliła ten prorodzinny charakter aparatu.
To, co dla większości było brzegowym warunkiem służby dla III RP, czyli kwalifikacje moralne, okazało się w praktyce zbędnym detalem, a nawet balastem. Umiejętność otwierania bez klucza zamków typu YALE, którą można nabyć w trzy tygodnie była wówczas ważniejsza niż przyzwoitość. Niemalże wszystkie stanowiska decyzyjne dzierżyli przez długie lata „resortowi” pułkownicy. Zawodu uczyli się w Moskwie, a kolejne, często przyspieszone awanse uzyskali już III RP. Znamienne, że większość oficerów mianowanych w ciągu ostatnich trzech dekad na stopnie generalskie to funkcjonariusze SB.
Gdy już stara gwardia okrzepła i zdała sobie sprawę, że wiatr przemian na pewno ich nie zdmuchnie rozwiązała rachityczny UOP. Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencję Wywiadu wymyślili nie neo, post czy pseudo esbecy tylko po prostu esbecy. To, czego nie zrobili Sienkiewicz i Miodowicz, zrobili Libera i Jasik. Bez skrupułów i bez komisji weryfikacyjnych zweryfikowali, czyli zwolnili ponad 350 funkcjonariuszy, przyjętych do służby po 1990 r. Od tej pory w bezpruderyjny sposób kreowali mit, że to właśnie oni i to już w latach 70-tych walczyli ze światowym komunizmem i skutecznie, w konspiracji osłabiali odwieczny sojusz z ZSRR. Ma się rozumieć, że to Dukaczewski i Czempiński wprowadzili nas do NATO, a o mitycznej operacji „Samum” uczyły się w Kiejkutach Starych kolejne roczniki adeptów sztuki szpiegowania. O tym jak bardzo nietrafione były rachuby tych, którzy kategorycznie odrzucili opcję „0” świadczy największy, polityczny skandal III RP, jakim było oskarżenie urzędującego Premiera o współpracę z rosyjskim wywiadem. Tą chałturę przygotowali i zrealizowali właśnie fachowcy z SB, rzecz jasna bardzo pozytywnie zweryfikowani.
Kapsel i plastelina
Gdy wieje wiatr, jedni budują mury, drudzy stawiają wiatraki. Tak mawiają Chińczycy, których najwyraźniej nie słuchali architekci naszych służb. Nic w tym jednak dziwnego. Autorzy tego projektu, inaczej niż mieszkańcy Państwa Środka bazowali na przekonaniu, że skoro coś działa, to po co to zmieniać. No i powstał skansen, w którym z pietyzmem dba się o każdy historyczny detal. W Polsce po 1990 r. musiało się zmienić wszystko, żeby na Rakowieckiej i na Oczki nie zmieniło się nic. Tak, jak w modelu radzieckim, służby są mundurowe, ale mundurów nikt nie nosi. Funkcjonariusze są cywilami, ale mają wojskowe stopnie. Realizują zadania, korzystając z arsenału środków pracy operacyjnej, stanowiących najbardziej chronioną tajemnicę, a jednocześnie prowadzą czynności procesowe z natury przecież jawne. Obok rozpoznawania zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa realizują zadania związane z porządkiem publicznym. Te osobliwości to spuścizna SB, która w założeniu i praktyce była służbą hybrydową. Brzmi nowocześnie, ale wynikało to z potrzeb reżimu. Prześladowanie i represjonowanie wątpiących w dobrodziejstwa demokracji socjalistycznej było priorytetem funkcjonariuszy, którzy w nagrodę za wierną służbę mieli prawo do zakupów w sklepach za żółtymi firankami. III RP nie przekreśliła ich tzw. dorobku. Choć to co wydawało się historyczną koniecznością i sprawiedliwością dziejową, taka się nie stało.
Tajne służby III RP to wynik eksperymentu, w którym chciano uwodnić, że nowa Polska poradzi sobie bez PGR-ów, ale nie da rady bez czekistów od Kiszczaka.
Właściwie są od wszystkiego. Rozpoznają, wykrywają, analizują, certyfikują, akredytują, szkolą, edukują, opiniują, aresztują, przesłuchują, ścigają, werbują, no i najważniejsze wydają i odbierają poświadczenia bezpieczeństwa. Jakżeż beztroski był doczesny byt bohatera opowiadań Iana Flaminga, który miał wyłącznie licencję na zabijanie.
Wielofunkcyjne służby mają rzecz jasna wielozadaniowego koordynatora. Nadzoruje Policję, Straż Graniczną, Służbę Ochrony Państwa i Państwową Straż Pożarną. Walczy z klęskami żywiołowymi, dogląda rezerw strategicznych, reguluje zasady pobytu cudzoziemców, wydaje paszporty i dowody oraz sprawuje pieczę nad mundurowymi emeryturami. Między innymi. No a w wolnych od posiedzeń Sejmu chwilach koordynuje tajne operacje polskiego wywiadu na głębokich tyłach wroga. Wszechstronność godna pięcioboisty.
Wybujała interdyscyplinarność służb jest w równej mierze spadkiem po opresyjnym państwie jak i wynikiem nieokiełznanej biurokratyzacji. Z biegiem lat rósł potencjał i znaczenie jednostek kwatermistrzostwa, a malał jednostek realizujących ustawowe zadania. Gdyby na linię frontu wojny z obcymi wywiadami skierować oficerów archiwum, ewidencji, finansów, kadr, administracji, służby zdrowia, analiz, inspektoratu, biura prawnego czy gabinetu szefa, to szpiegom i ich agentom szybko odeszła by ochota infiltrować i penetrować nasze tajemnice. Jednostki faktycznie realizujące działania operacyjne stanowią ułamek sił i środków, będących w dyspozycji służb. I są tak potrzebne jak rybie ręcznik. Właściwie po co do nich się pchać? Uposażenie, podobne jak w księgowości, ścieżka awansu identyczna a proces szkolenia prawie taki sam (dla wszystkich zaczyna się musztrą). No i gdy po wyborach zmienia się rząd, właśnie Te i Ci z jednostek z tzw. pierwszej linii są obiektem badan komisji śledczych, audytów a ostatnio także prokuratorskich śledztw.
Prawie wszędzie jednym z głównych atrybutów służb jest ich tajność. O sile okrętu podwodnego stanowi możliwość jego długotrwałego zanurzenia. Na powierzchni jest prawie bezbronny. W naszym przypadku jest inaczej. Po pierwsze tylko niewielka część funkcjonariuszy w ogóle musi działać w konspiracji. To ci entuzjaści np. z kontrwywiadu. Ale nawet oni, po spotkaniu z agentem muszą wrócić do biura, czy to w gmachu centrali w Warszawie, czy to w budynku jednej z licznych jednostek terenowych. Wszystkie są tak jak przystało na urzędy administracji odpowiednio oznakowane, tablicami znanymi z budynków gmin czy placówek pocztowych. Prawie każda Radomianka czy Poznaniak wie, gdzie jest siedziba lokalnej delegatury ABW. I wiedzą to zapewne także agenci obcych wywiadów. Tajni funkcjonariusze w zupełnie jawnych obiektach, to może być bardzo wyrafinowana „przykrywka”, ale tak nie jest.
Jednym z głównych zadań naszych służb jest ochrona informacji niejawnych. Kwestie te reguluje od ponad 16 lat ustawa, do której przepisy wykonawcze stanowią np. o grubości szaf pancernych, ale dość dowolnie traktują kwestię czy Marszalek Sejmu musi czy tylko może posiadać poświadczenie bezpieczeństwa. To przepisy przygotowane w głównej mierze przez „zweryfikowanych”. Dzięki temu mają oni ciągle fuchy w rozsianych po całym kraju kancelariach tajnych, nie wspominając o stanowiskach pełnomocników ochrony. Ale na nic te wszystkie kody dostępu, szyfry, hasła, perymetria, monitoring, strefowanie obiektów czy uzbrojeni strażnicy. Jeszcze do niedawna jednym z głównych elementów systemu ochrony tajności był dość prozaiczny, ale i nieodzowny gadżet. Składał się on z kapsla wypełnionego plasteliną, ok. 15 cm sznurka oraz metalowej pieczątki zwanej referentką. Przed końcem ośmiogodzinnego dnia służby oficer lub oficerka odciskał referentkę z wygrawerowanym numerem w taki sposób, aby sznurek przepleciony przez specjalne (stąd być może określenie naszych służb) otworki w drzwiach szafy pancernej znalazł się w plastelinowym odcisku kapsla. Dopiero wtedy, już bez obaw o niepożądaną ingerencję w teczki, funkcjonariusz może opuścić zakład pracy. Nie należy się zatem dziwić, że do dziś wielu bardziej przenikliwych i dociekliwych funkcjonariuszy podejrzewa, iż nasze służby to tylko wabik dla obcych wywiadów. Gdzieś tam daleko są zabójczo sprawne i zniewalająco dyskretne struktury, dla których wariant mission impossible nie istnieje. Niestety to tylko mrzonka, bo przecież producenci lamp naftowych żarówki nie wymyślili.
Mroczny przedmiot pożądania
Pomimo, że polskie służby to spadek po PRL, a ich organizacja, zadania i formy pracy przypominają szkolną izbę pamięci, to wciąż pozostają w centrum społecznego zainteresowania. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o ABW.
Są one permanentnym przedmiotem sporu politycznego. W założeniu powinny być odseparowane od polityki kordonem sanitarnym. Jednak w III RP to przekonanie nie wytrzymało konfrontacji z praktyką reżimu. To właśnie służby są obiektem przaśnej nawalanki politycznej. O tym, co służby robią i jak robią, czego nie robią i dlaczego decydują przecież politycy. Oni sami przyznają i to bez cienia zażenowania, że koordynacja i nadzór nad służbami to najlepsza część politycznego tortu z mnóstwem wisienek. Służby muszą być nam wierne, a wymiarem tego uczucia jest nasz nominat, czyli szef i dalej dyrektor, naczelnik czy kierownik sekcji. Nasz, czyli nie ich. Ale mimo to jakaś wątpliwość co do „naszości” służb pozostaje. Trzeba zatem wzmocnić partyjna kontrolę, tym razem z zewnątrz. I tak z biegiem lat przybywało instytucji, jednostek, gremiów i organów, które monitorowały te gniazda afrykańskich os. W samym KPRM są już dwa departamenty (ostatni powstał zaledwie kilka miesięcy temu) od służb. Jest tu także Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, które od czasu do czasu rzuca okiem w stronę służb, bo skoro wpływają na wszystko to i na pogodę. Jest Kolegium ds. Służb, gdzie przedstawiciele różnych ośrodków władzy mogą zajrzeć w trzewia służb. Parlament ma swoją Komisję ds. Służb, która robi mniej więcej to samo, tylko trochę bardziej. U podnóża dużego Pałacu jest Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, zaś w samych pałacowych komnatach zbiera się Rada Bezpieczeństwa Narodowego. I tyle tego tylko dlatego, bo politycy służb się boją a jednocześnie ich potrzebują. Nic w mediach się lepiej nie sprzedaje jak umundurowany i zamaskowany funkcjonariusz służb, wyprowadzający z miejsca zamieszkania w kajdankach zespolonych naszego politycznego przeciwnika. A gdy się go wyprowadzić nie da, to można mu przecież odebrać poświadczenie bezpieczeństwa, co podważy do niego zaufanie i zniszczy wizerunek, tym samym skróci jego gnuśny, polityczny żywot. To, jak politycy traktują służby, odzwierciedla decyzja o powołaniu sejmowej komisji śledczej ds. Pegasusa. Jej prace to nic innego jak tylko publiczna wiwisekcja tego wrażliwego na obiektywy kamer i mikrofony segmentu aparatu państwa. Dzięki temu obfitującemu w dramatyczne zwroty akcji spektaklowi (doprowadzą świadka czy nie), rezydenci obcych wywiadów nie ruszając się z biur w ambasadach i nie ponosząc zbędnego ryzyka poznają tajniki naszych służb. Dzieje się tak pomimo, iż prokuratura prowadzi w tej sprawie bardzo tajne, i słusznie śledztwo. O toczących się trzech wojnach, tj. kinetycznej, hybrydowej i informacyjnej nie wspominając.
Inne emocje dominują w relacjach służby-dziennikarze. Tu królują intrygi, przemoc, afery i zdrady. A to się po prostu klika. Fakt, że są to prawie wyłącznie fake stories nie ma żadnego znaczenia. Dziennikarze przypisują służbom role zakulisowego sprawcy wszelkiego zła. To mroczna sekta z rytuałami, których na pewno nie reguluje instrukcja o pracy operacyjnej. W ich mniemaniu to wyjęte spod prawa, skorumpowane i rządzące się logiką struktur mafijnych formacje. Ostatni przykład takich dociekań to oczywiście próba łączenia zbrodni sprzed ponad 18 lat duetu Maxwell/Epstein z tzw. aferą podkarpacką. Im bardziej prokuratura zapewnia o tym, że było zupełnie inaczej, tym bardziej karkołomne stają się ich wysiłki, aby odnaleźć w tym dramacie ślady służb. O tyle to dziwne, że media uważają służby jednocześnie za nieudolne, siermiężne i niefachowe.
Są jeszcze eksperci. Ich podejrzliwość w stosunku do służb bazuje głównie na wiedzy historycznej i w oparciu o perspektywę geopolityczną. Jeżeli coś wygląda jak kaczka i chodzi jak kaczka to na pewno kaczką nie jest. Ta „niby kaczka” to efekt operacji służb specjalnych. Takie są mechanizmy globalnego świata. Wszystko, co ważne dzieje się nawet nie w kuluarach, tylko za kulisami, a to już żywioł smutnych pań i panów. Przeciętny ekspert przeczytał dwie książki na temat służb i napisał jedną. Hybrydowe, kinetyczne, podprogowe, kognitywne, cybernetyczne to tylko kilka określeń z ich bogatego słowniczka. I choć wielu z nich ma tytuły naukowe, to zawsze pomylą funkcjonariusza z agentem i pomieszają czynności procesowe z operacyjnymi. Nie ustaną jednak w popularyzacji tezy, że to nie państwa mają służby tylko służby mają państwa.
Ja, politruk (z rosyjskiego oficer polityczny)
Po dziewięciu latach działalności w niepodległościowym podziemiu i po tym jak stwierdzono u mnie krzywą przegrodę nosową, co przekreśliło moje marzenia o lataniu na wojskowych myśliwcach, postanowiłem wstąpić do służb wolnej Polski. W mojej pierwszej jednostce oprócz mnie służyło 36 pozywanie zweryfikowanych funkcjonariuszy SB. Polska przechodziła ustrojową transformację, co stało się także udziałem zorganizowanej przestępczości. Z tego powodu zostałem skierowany na ten niszowy wówczas odcinek. I tak przez z górą ćwierć wieku tropiłem międzynarodową przestępczość narkotykową i islamski terroryzm. Między innymi. Pracowałem na pięciu kontynentach. Prawie zawsze na pierwszej linii, często na tyłach wroga. Zawsze w zespole odważnych, błyskotliwych i bezkompromisowych ludzi. Było to pasjonujące zajecie, czasami wymagające podjęcia pewnego ryzyka. Rezultatem wyborów parlamentarnych z października 2023 roku była dla jednych dobra zmiana, dla innych czystka w służbach. Nic nowego. To tylko inna forma leciwej weryfikacji. Tym razem służby mieli opuścić ci, którzy służyli tzw. poprzedniej opcji. I choć Premier apelował, aby w obliczu wojny zewrzeć szeregi to jednak ci z piątej kolumny – wystąp!!!. Rzecz jasna drobiazgowy audyt nie wykrył nawet nano śladu piątej kolumny. No, ale wiadomo służby nigdy nie są takie jakimi się wydają, że są. W ten sposób wielu doświadczonych i wyszkolonych funkcjonariuszy politycy mianowali na kolejny stopień w korpusie oficerskim – na oficera politycznego. Chyba nikogo nie zaskoczy fakt, że do dzisiaj służby III RP korzystają z usług pań i panów z SB. Oczywiście pozytywnie zweryfikowanych i trzykrotnie już zdezubekizowanych.
Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.
