Parlament Europejski uchwalił 26 marca br. dyrektywę w sprawie zwalczania korupcji. Zapowiadane to już było po wybuchu afery Katargate przez ówczesną wiceprzewodniczącą Komisji Europejskiej Vérę Jourovą jako jedno z czterech głównych zadań europarlamentu tej kadencji dotyczących obrony praworządności. Uchwalona dyrektywa poza Włochami, z uwagi na to, że można ją odnieść do sporu o tamtejszy wymiar sprawiedliwości, przeszła praktycznie niezauważona. W Polsce żadne z mediów głównego nurtu nie informowało o tym akcie. Dlaczego?
Ambicje były ogromne. Unia Europejska po serii aferek i afer miała odzyskać autorytet moralny. Kilka tygodni przed wyborami do europarlamentu w roku 2024 w ramach kampanii wyborczej doszło do uroczystego spotkania w świetle jupiterów szefów wszystkich najważniejszych urzędów unijnych z Ursulą von der Leyen na czele, na którym zapowiedziano bezkompromisową walkę z korupcją. Wybory minęły, więc można było powrócić do „kompromisów”. Na przykład projektowany zakaz zajmowania się przez byłych europosłów działalnością lobbingową skrócono z dwóch lat do sześciu miesięcy po wygaśnięciu mandatu.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
