Największy – moim zdaniem – kompozytor wszech czasów, Jan Sebastian Bach, pracował ciężko przez całe życie aż do śmierci, która nadeszła, gdy miał 65 lat, w roku 1750. Według obecnych polskich kryteriów wieku emerytalnego by nie doczekał. Przez te 65 lat zatrudniano go nie dlatego, że miał jakiś certyfikat artysty, ale dlatego, że przeszedł kwalifikacje i uznano, że jego umiejętności są w danym miejscu potrzebne. Czy był to Weimar, czy małe Arnstadt, czy dwór w Köthen, czy wreszcie Lipsk, gdzie Bach osiadł na stałe w 1723 r. – wszędzie tam kryteriami zatrudnienia twórcy „Sztuki fugi” były jego przydatność i atrakcyjność jego muzyki dla odbiorców.
Jego rówieśnik, urodzony w tym samym 1685 r. Jerzy Fryderyk Händel, zwłaszcza po zapuszczeniu korzeni w Anglii, musiał się starać o przychylność publiczności, tak aby ta ciągnęła do jego teatru na jego opery, chciała słuchać jego oratoriów i kupowała wypuszczane przez niego kompozycje, przeznaczone do wykonywania przez amatorów.
Właściwie cała sztuka, która powstawała aż do XX w., opierała się na takim modelu – czy mówimy o malarstwie, muzyce czy o rzeźbie albo architekturze: aby się utrzymać, artysta musiał mieć klientów. Jego twórczość musiała być atrakcyjna. Nie mówimy
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
