Rozłam w PiS, dla wielu nieoczekiwanie, znowu ustawił w centrum politycznego sporu kwestię "zamachu w Smoleńsku". Tym razem jednak już nie dotyczy to sporu między PiS a obozem rządzącym, a wzajemnego obciążania się winą za rozłam i dyskredytowania w oczach "pisowskiego ludu" przez niedawnych jeszcze kolegów z samego Prawa i Sprawiedliwości.
Ludzi Mateusza Morawieckiego oraz jego samego pozostający u boku Kaczyńskiego działacze i publicyści oskarżyli m.in. o to, że "nigdy nie wierzyli w zamach w Smoleńsku" i nie używali wobec ofiar tragedii określenia "polegli" – co w połączeniu z "doradzaniem Tuskowi" uwiarygodnić miało narrację, iż były premier właściwie zawsze był w PiS agentem obcych sił. Narracje skądinąd absurdalną, ale pozostawmy to na boku; rzeczą charakterystyczną i wymagającą uwagi jest, że w chwili kryzysu jednym z kryteriów wierności formacji uczyniono spontanicznie "poprawność smoleńską". Łatwo się domyślić, dlaczego – upór, z jakim Jarosław Kaczyński brnie w celebrowanie kolejnych "miesięcznic" pod pomnikiem smoleńskim, i jego liczne wypowiedzi pokazują, że wiara, iż życie jego brata zakończył zamach, a nie tragiczny wypadek, a już szczególnie nie taki, który byłby skutkiem bałaganu i wielu pomyłek, stanowi dla prezesa swoisty test wierności wobec pamięci śp. prezydenta i wobec jego dziedzictwa.
Łatwo też się domyślić, dlaczego w tej sytuacji do sprawy zamachu wraca "Gazeta Wyborcza", publikując konkluzje prac zespołu eksperckiego, powołanego przez Prokuraturę Krajową w roku 2019. Zespół zakończył pracę rok temu, jego raport, jakkolwiek poufny, przedstawiony został uprawnionym – m.in. rodzinom ofiar – kilka tygodni później, ale "Wyborcza" z właściwym sobie "tajmingiem" dotarła do niego właśnie teraz. Znając gazetę, redaktor Kublik po prostu przechodziła z tragarzami przez archiwum Prokuratury Krajowej i jak raz zupełnym przypadkiem potknęła się o wypełnione ekspertyzami skoroszyty.

