Czarny wywiad (cz. I)

Czarny wywiad (cz. I)

Dodano: 
Siedziba Agencji Wywiadu w Warszawie
Siedziba Agencji Wywiadu w Warszawie Źródło: PAP / Paweł Supernak
Płk Jacek Gawryszewski Sukcesem oficera wywiadu jest nie dać się złapać. Jeżeli jednak coś pójdzie inaczej, niż zakładano w raporcie, to i tak pechowiec ma sporą szansę na triumfalny powrót do centrali.

Wymieniony na innego jeńca kinetyczno-kognitywnej bitwy zostanie cichym bohaterem hybrydowej wojny. Majstersztyk w zawodowej karierze oficera kontrwywiadu to szpiega przyłapać, najlepiej na gorącym występku. Później na most, złośliwe "see you soon" i przechodnie trofeum ginie w porannej mgle granicznej rzeki. Dla agenta CBA antykorupcyjny Oskar to pudło dla notabla, który pomimo uprzywilejowanej pozycji przy korycie wyciągnął jeszcze rękę po datek od lobbysty. A VDay w wojnie z narkotykami? To bezapelacyjnie wykrycie laboratorium używek syntetycznych.

Transformacja ustrojowa była dla części kryminalnego podziemia bodźcem dla szybkiej metamorfozy. Zamiast wymuszać, szantażować, porywać i kraść postanowili wytwarzać, aby sprzedawać. To przełom w świecie penalizowanego grzechu. Nową domeną stała się nierejestrowana i nieopodatkowana działalność gospodarcza, której przedmiotem była produkcja i obrót amfetaminą. Po latach opryszki będą wspominać, że nie powinni być ścigani z tytułu udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, ale raczej w związku z przestępczością gospodarczą. Wkrótce te dwa żywioły będą żyć w pełnej symbiozie, co zaowocuje "chrzczonym" paliwem, wódką bez akcyzy i budżetem bez dochodów z VAT-u.

Podaż na czarnym rynku narkotyków była wówczas wyjątkowo uboga. Rzemieślniczy i zabójczy "kompot" oraz śladowa oferta "trawki" przemycanej chałupniczo z Amsterdamu. Import kokainy czy heroiny to jeszcze nawet nie startup. Brakowało przestępczych przyczółków w światowych zagłębiach. W niszę miał wejść silny, syntetyczny stymulant. Boom na amfetaminę i jej pochodne związany był także z subkulturą rave, która szybko zdobyła popularność w gnuśnej, dusznej i monochromatycznej rzeczywistości schyłku komuny.

Z wolnorynkowego przełomu w gospodarce postanowili skorzystać także przestępcy. W ich przypadku był to ciągle rynek czarny, na którym zdobycie przewagi konkurencyjnej było pochodną monopolu, czyli kontroli nad środkami produkcji i dystrybucji amfy. Wyłączność zapewniała także przemoc aplikowana natychmiast i bez skrupułów. Była to elitarna i hermetyczna grupa biznesowa. Zgodnie z szacunkami krajowego wywiadu kryminalnego apogeum produkcji "syntetyków" to nie więcej niż 20 linii produkcyjnych w całej Polsce. Przestępczy monopol oznaczał ponadnormatywne zyski, generowane także przez eksport, głównie do Skandynawii. Rentowność wahała się w granicach 1000 procent bijąc na głowę dochody każdej innej, nielegalnej branży. Może z wyjątkiem plebejskiego łapownictwa, które później awansowało do miana korupcji.

Do walki z tą pionierską formą narkobiznesu stanęli funkcjonariusze pionów kryminalnych Policji i służba specjalna, reprezentowana w centrali przez pięcioro młodocianych podoficerów kontrwywiadu UOP. Dwóch z antykomunistycznej opozycji i troje "cywilów". Sekcja działała według nieortodoksyjnego standardu. Nazywali to "improwizacją zgodną z raportem". Zdarzało się, że raport na działania sporządzano po działaniach, ale lepiej późno niż wcale. Sekcją, wydziałem, biurem, zarządem i całą służbą dowodzili rozgrzeszeni przez III RP funkcjonariusze SB. Tu obowiązywał inny model. "Nie należy prowadzić aktywnych działań wobec przeciwnika, bo pozna metody naszej pracy i kierunki zainteresowań". Z branżowego na polski: króliczka nawet nie próbujmy gonić. W ten sposób służby przez długie lata legendowały aktywność utożsamianą z intelligence services.

Sekcja uprawiała "czarny wywiad". Z inną formą pracy służb zwaną "białym wywiadem" ma tyle wspólnego, że w obu przypadkach się czyta. Biały wywiadowca czyta między wierszami a czarny wywiadowca czyta stenogramy z pt (podsłuch telefoniczny). Ten pierwszy sporządza później analizę, a ten drugi zawiadomienie do prokuratury. Zatem orężem w walce z narkotykami nie był niewinny OSINT, technicznie wyrafinowany SIGINT tylko ordynarny HUMINT. Zresztą o istnieniu tych form pracy specsłużb piątka dowiedziała się po wielu latach z książek ekspertów od specsłużb.

Konspiracja była niezbędna, aby figurant nie zorientował się, że jest na radarze. W innym przypadku pośpiesznie zamknie interes i przeprowadzi wnikliwy audyt wewnętrzny. Prowadząc rozpoznanie, a później rozpracowanie bazowano na intuicji, dedukcji, przykrywkowcach, kapusiach i farcie. Czasami pluskwa w komórce typu "cegła" marginalnego członka grupy wnosiła coś nowego, ale nigdy nie prowadziła do przesilenia. Samokontrola chuligana plus kontrola operacyjna równa się głuchy telefon.

Problemem w tropieniu laboratoriów był deficyt tropów. Wytwórnie, które szybko stały się źródłem dobrobytu gangsterów były najlepiej chronioną tajemnicą ferajny. Wiedza na temat ich lokalizacji miała zawsze gryf "tajne specjalnego znaczenia". Wszystkich obowiązywała zaprzysiężona zmowa milczenia. Jak się po latach okazało kontrwywiad UOP/ABW w ciągu dekady zdemaskował więcej szpiegów niż wyśledził laboratoriów. Trzeba jednak przyznać, że na żadnym odcinku się nie przelewało.

Awans do kryminalnego establishmentu gwarantowany przez udział w lukratywnym rynku narkotyków kreował niechlubną legendę gangsterskiej socjety. Ustosunkowani, z koneksjami i dysponujący sporym kapitałem odegrali kluczową rolę w późniejszej ekspansji szarej strefy.

Rywalizacja pomiędzy stróżami prawa. a tymi, którzy mieli do niego bardziej liberalny stosunek toczyła się w epoce analogowej. Ani jedni ani drudzy nie dysponowali niczym co oferuje współczesny cyber arsenał. Niewiarygodne, ale specsłużby stosowały kk czyli kontrolę korespondencji pocztowej. Rzadko, bo "Perschnig" listów do "Masy" nie pisał. Budki telefoniczne na podsłuchu, nasobne radiostacje, podrasowane Polonezy z mapą samochodową w schowku, czy radiowe pluskwy brzmią dzisiaj jak virtual reality. Zamiast sztucznej inteligencji występowała jednak spontaniczna głupota, która w wielu wypadkach decydowała o losach tej rozgrywki.

Dealer

Był ostatnim ogniwem w łańcuchu dystrybucji syntetyków. Przedstawiciel handlowy tajnego projektu nie miał żadnych linków z menagerami wytwórni. Laboratorium mogło być prawie wszędzie. Bazowe wymogi dla "fabryki" to pomieszczenie o pow. około 30 m kw. z dostępem do energii elektrycznej i niekoniecznie bieżącej wody. I już. Wyposażenie to kawałek stołu i typowy zestaw szkła laboratoryjnego czyli odstoiniki, kolby, cylindry, probówki plus pipety, statywy, płaszcze grzewcze i ze dwie mikrofalówki. Cykl trwający około 12 godzin nie generował hałasu. Na pewnym etapie syntezy wydzielał się dość silny zapach, który można było redukować za pomocą filtrów do odkurzacza lub lufcika. Optymalna lokalizacja to altanka działkowa, garaż, przydomowe pomieszczenie gospodarcze, warsztat czy zabudowania siedliska rolnego. W stolicy i w jej podmiejskim obwarzanku było takich obiektów ze 120 tys., z czego część to samowole budowlane, nienaniesione na mapy geodezyjne. Markowych dealerów było około dwudziestu i to oni stali się obiektem zainteresowania pierwszego etapu poszukiwań. Jego celem była próba oszacowania liczby laboratoriów zaopatrujących stołeczną sieć dystrybucji. Metoda to zakup na rynku detalicznym około 70 porcji amfetaminy. Następnie za pomocą chromatografii komputerowej należało ustalić charakterystyczne zanieczyszczenia narkotyku, powstające w trakcie procesu jego syntezy. Nauka w rękach służb specjalnych wsparta pracą operacyjną dała przybliżony wynik. Dwa lub trzy. Na tyle oszacowano liczbę mazowieckich manufaktur. Używkę do badań kupowali kapusie i przykrywkowcy. W ciągu kwartału przetrałowano większość siatek dystrybucji funkcjonujących głównie w oparciu o nocne kluby, dyskoteki, cykliczne imprezy rave i siłownie. W toku działań pojawił się problem rozliczenia poniesionych kosztów, ale ze względu na brak stosowanych regulacji problem zamieciono pod linoleum w jednym z pomieszczeń służbowych.

Oprócz skupu prowadzono wyrywkową obserwację dealerów. Na stałą nie było środków. Kilku z nich chciało zwiększyć przychody oraz wzmonić swój prestiż i zasięgi. Namolny i dobrze uposażony przykrywkowiec bodźcował ich do wykonania nieprzemyślanych ruchów czyli kontaktu z centrum hurtowej dystrybucji. Te funkcjonowały już bliżej laboratoriów, choć ciągle bez bezpośredniej relacji. Okazało się, że były to osoby właściwie bez żadnej przestępczej przeszłości, prowadzące działalność gospodarczą kwalifikowaną jako tzw. "puh" czyli usługi i handel. W praktyce była to awangarda polskiego kapitalizmu, uplasowana na łóżkach polowych i "szczękach" na Stadionie "Dziesięciolecia", dziś "Narodowy" i giełdy samochodowej w Słomczynie, dziś nieużytki rolne z potencjałem deweloperskim.

Pojawił się pomysł, aby w rolę dealera wcielił się przykrywkowiec. W ten sposób mógłby na trwale zakorzenić się na rynku. Ze względu na brak możliwości legalizacji takiej kombinacji a także z powodu stanowczej odmowy ze strony funkcjonariuszki odpowiedzialnej za prowadzenie kasy operacyjnej (groziła nawet powiadomieniem Inspektoratu) projekt porzucono.

Kolejna już bardziej "instrukcyjna" inicjatywa zakładała szantażowanie dealerów wydaniem w ręce organów ścigania. W roli szantażysty miał ponownie wystąpić przykrywkowiec. Celem było zmuszenie dealera do bardziej proaktywnej postawy, tak aby sam próbował dotrzeć do hurtowników. Też nic z tego nie wyszło. Istniała bowiem uzasadniona obawa, że sam dealer doniesie organom ścigania o próbie szantażu. W tej sytuacji zwołano odprawę, w trakcie której podjęto decyzję o spuszczeniu do archiwum projektu "dealer" i uruchomieniu przedsięwzięcia "herszt".

Menager

Gdy empirycznie potwierdzono przybliżoną liczbę nadwiślańskich laboratoriów skorygowano kierunek rozpracowania czyniąc jego celem potencjalnych menagerów. W trakcie posiedzenia sztabu operacji przyjęto założenie, że nie powinno być ich więcej niż samych wytwórni czyli trzech lub troje. Problem w tym, że każdy opryszek, którego przestępcze wpływy przekraczały granicę dzielnicy chełpił się udziałem w rynku używek syntetycznych. Po sztabie odbyła się odprawa. W jej trakcie podkreślono doniosłość i słuszność decyzji sztabu, choć niejednogłośnie. Inspektor, który miał inne zdanie został tymczasowo przesunięty do "E-15". Ta jednoosobowa komórka w ramach sekcji zajmowała się odręcznym wypisywaniem kart "E-15". Te służyły do dokonywania sprawdzeń osobowych w CBA. Uwaga, to nie to CBA, tylko Centralne Biuro Adresowe, które przed epoką PESLA dysponowało przybliżoną wiedzą o miejscach zameldowania obywateli RP. Wątpiący inspektor po wypisaniu kilkuset kart odzyskał zaufanie do sztabu i wrócił do macierzystej jednostki. Ponadto na odprawie ustalono, że trzeba nałożyć operacyjny filtr na grono podpadających cwaniaków, aby wytypować najbardziej spełniających kryteria poszukiwań.

W pierwszym podejściu odrzucano chuliganów – ekscentryków. To typ znany, bo krzykliwy i behawioralnie napastliwy. Silny, mało przebiegły i nałogowo posługujący się mową nienawiści. Standardowe CV to "żleta" i "żołnierz" czyli kibic-ultras i przyboczny lidera. Drugą grupę środowiskową tworzyli ci, którzy próbowali opodatkować narkotykowy biznes. Za rzekomą ochronę i naganianie klientów dealer musiał płacić dziesięcinę. Aby zdywersyfikować podaż podejmowali rachityczne próby przemytu koki z Ameryki Południowej za pomocą kurierów. Większość "mułów" do celu nie dotarła, bo z haraczu żyły także lokalne kartele regulujące w ten sposób rynek. W Kolumbii był to model znany jako "plata o plomo" (pop), czyli płacisz albo ołów. Ostatnią kategorię stanowili ci o tzw. niskim profilu. Stroniący od prawie służbowych "beemek" w topowych opcjach, rzadko widywani w tradycyjnych miejscach zbiórek czyli w klubach go-go i siłowniach. Mieli bardzo ograniczony krąg znajomych. Właściwie nikt nigdy o nic ich nie podejrzewał. Pomimo, że peryferyjni cieszyli się estymą w półświatku. Prawdziwe nołnejmy. Sztab przychylając się do rekomendacji raportu wyraził zgodę na objęcie ich kontrolą w postaci SOR-u czyli sprawy operacyjnego rozpracowania krypt. "Herszt". Tak jak maniery czynią z mężczyzny oficera MI6 tak okładki czynią z człowieka figuranta.

Było ich trzech. Nadano im kryptonimy "Onyks","Kleks" i "Keks". Przy doborze kryptonimów chodziło wyłącznie o to, żeby fajnie brzmiały. Po trzech tygodniach badań, sprawdzeń i ustaleń głównie w bardzo analogowych (tzw. bębny) bazach danych urzędów dzielnicowych ustalono adresy mz (miejsca zamieszkania) figurantów. "Onyks" i "Kleks"-ostatnie kondygnacje wielkopłytowych bloków na Ursynowie i Stegnach. "Keks"- dom jednorodzinny w okolicach Piaseczna. W przypadku dwóch pierwszych zrezygnowano z obserwacji stacjonarnej czyli mężczyzn ukrytych w przyczepie campingowej lub pojeździe typu "dostawczak". Obserwowanie klatki schodowej, do której wchodzi i z której wychodzi kilkaset osób dziennie nie ma sensu. W przypadku "Keksa" sens był, ale nie było możliwości zorganizowania pz (punkt zakryty) tak aby nie budził podejrzeń figuranta lub zastrzeżeń jego sąsiadów.

Skoro cała trójka prawie nie używała telefonów to wydedukowano, że aby utrzymywać przestępcze relacje muszą się spotkać na mieście. Zresztą na tym etapie rozpoznania żaden organ nie dałby zgody na kontrolę operacyjną tzw. urządzenia końcowego, czyli aparatu stacjonarnego lub komórki. Sztab bez pośpiechu zgodził się z tą koncepcją i po jakimś czasie dodał, że trzeba to sprawdzić. Z braku innych środków zastosowano formę pracy typu pieszy rekonesans. Ustalono, że w okolicach trzech mz jest parę podchodzących miejsc. Dwa popularne wówczas kluby bilardowe, jeden motel, trzy dość podłe jadłodajnie, kawiarnie no i stacja benzynowa bez CCTV z paliwem o kiepskiej reputacji.

W tej sytuacji wyznaczono składy jednoosobowych patroli, które miały penetrować ustalone hot spots. W przypadku lokali gastronomicznych uczestniczyły w nich dwie funkcjonariuszki "wypożyczone" z biura ewidencji. W sekcji kobiet było zbyt mało. Oczywiście nie były wprowadzone w istotę problemu, ale się chyba domyślały. Pozostałe obiekty obstawiały pary jednopłciowe. Po sześciu tygodniach wyrywkowej obserwacji wreszcie coś."Onyks" widziany był trzykrotnie w jednej z kawiarni, w towarzystwie nn. mężczyzny w wieku około 30 lat. Nic co mogłoby gościa zidentyfikować. Klasyka rozpoznania pierwszego etapu."Keksa" odnotowano na stacji kiepskich paliw. Przyjechał autem, którego, jak wynikało z wcześniejszych ustaleń w wydziale ewidencji pojazdów nigdy nie miał. Kupował papierosy i krzyżówki. Obecności "Kleksa" nie raportowano nigdzie.

Który jest domniemanym "Hersztem" dalej nie wiadomo. Nie wiadomo nawet, czy którykolwiek. W tej sytuacji zdecydowano, że w związku ze zbliżającą się zimą, która utrudni, dalsze piesze patrole trzeba przyspieszyć. Bez zgody i wiedzy sztabu wypożyczono w formule "na krzywy ryj" cztery mundury żandarmerii. Jeden z członków sekcji miał parasłużbowy kontakt w tej formacji. Pożyczyli na dwie doby. Rozmiar "one fits all", bo innych nie było. Czterech wytypowanych funkcjonariuszy sekcji, czyli prawie wszyscy przebrało się w mundury ŻW i cywilnym Polonezem z silnikiem Forda ruszyło pod Piaseczno. Był to pierwszy i ostatni raz kiedy wystąpili w uniformach pomimo, że w mundurowej formacji przesłużyli w sumie 78 lat. Legenda: poszukiwanie dwóch dezerterów, którzy oddalili się prawdopodobnie w stanie nietrzeźwości z jednostki saperów. Przeszukano całą miejscowość, w tym zabudowania "Kleksa", który był na miejscu. Byli na tyle sugestywni, że kilku mieszkańców dezerterów nawet widziało. Okazało się, że figurant to człowiek absolutnie niewinny. Z zawodu i z zamiłowania stolarz. To że znalazł się w okładkach to wynik błędu wynikającego z niepełnych danych w bazach adresowych. "Zdarza się" zaraportowano do sztabu. Całość materiałów wybrakowano. "Kleks" nie robił amfetaminy tylko meble kuchenne, a klientów umawiał przez telefon żony.

Co do "Keksa" to pomógł mu jego pojazd. Już nie nołnejm tylko w pełni zidentyfikowany obywatel RP okazał się bardzo marginalnym kuzynem jednego z chuliganów. Nic wspólnego z działalnością niezgodną z prawem. Oprócz "ustawki" po meczu drugiej ligi piłki nożnej. Podzielił los "Kleksa".

Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także