MICHAŁ KRUPA: Pamięta pan, gdzie pan był 11 września 2001 r. i jakie były pana pierwsze myśli po ataku?
MICHAEL F. SCHEUER: 11 września pracowałem w innym biurze w centrali CIA, gdy zadzwonił do mnie znajomy z Centrum Walki z Terroryzmem i powiedział tylko: „Mike, włącz telewizor”. Włączyłem i w ciągu minuty, może dwóch, zobaczyłem, jak drugi samolot uderza w wieżę. Nie odczułem prawie nic – ani wstrząsu, ani zdziwienia. Ja i część moich oficerów od dawna wiedzieliśmy, że administracja Clintona nie ma najmniejszego zamiaru rozwiązać problemu bin Ladena, choć mieliśmy wystarczające dane wywiadowcze, żeby to zrobić i ochronić Amerykanów przed jednym z ich śmiertelnych wrogów. Ta administracja miała 10 okazji, by go zabić. Żadnej nawet nie spróbowano. Proszę pamiętać, że dzień po 11 września Clinton powiedział grupie australijskich biznesmenów, iż mógł zabić bin Ladena, kiedy tylko zechciał, ale nie chciał uchodzić za złego człowieka jak ten Saudyjczyk. Clinton oczywiście nie przeżył ani jednego dnia swojego dorosłego życia, w którym byłby lepszym człowiekiem od Osamy bin Ladena. Ogólnie rzecz biorąc, oficerowie CIA, którzy pracowali przeciwko Al-Kaidzie, wiedzieli, że 11 września albo później coś podobnego musi nadejść. Nikt w agencjach polityki zagranicznej rządu Stanów Zjednoczonych ani w służbach nie miał prawdziwego powodu, by być zaskoczony tym atakiem. Właśnie to w dużej mierze wyjaśnia, dlaczego archiwa Komisji badającej 11 września nigdy nie zostały udostępnione Amerykanom.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
