Darmowa energia według TVP i aktywistów OZE

Darmowa energia według TVP i aktywistów OZE

Dodano: 
Panele słoneczne
Panele słoneczne Źródło: Adobe Stock
PROF. ZIEMOWIT MALECHA Niedawno, 23 stycznia, miałem okazję uczestniczyć w programie telewizyjnym "Sekielski wieczorową porą".

Poza moją skromną osobą w programie wystąpiły cztery osoby żyjące w głębokim i niczym niezmąconym przeświadczeniu o istnieniu darmowej energii z pogodozależnych źródeł OZE: aktywiści OZE Marcin Popkiewicz i Marcin Mizgalski, pani "ministra" Zielińska oraz Andrzej Piaseczny. Do grona osób myślących podobnie należał oczywiście również sam gospodarz programu.

Podczas audycji wyświetlono krótki reportaż z domu pana aktywisty Mizgalskiego, domu wspaniałego, nowoczesnego, zeroemisyjnego, z instalacją PV zapewniającą rzekomo darmowy prąd i ciepło. Po reportażu głos zabrał sam właściciel i z widocznym przekonaniem rozpływał się nad tym, jak to — korzystając z różnego rodzaju dotacji — zapewnił sobie darmowy prąd, darmowe ogrzewanie oraz pełną niezależność energetyczną. Cud, miód i fotowoltaika. Nic, tylko kopiować to wspaniałe rozwiązanie! Prowadzący, drugi kolega aktywista oraz pani "ministra" z uznaniem kiwali głowami.

W trakcie jego monologu dowiedzieliśmy się, że instalację posiada już od wielu lat oraz że z własnej kieszeni wyłożył na nią około 100 tysięcy złotych, co — jak sam podkreślił — stanowiło jedynie 7 proc. wartości całej inwestycji. Prosta matematyka podpowiada, że całość kosztowała ponad 1 milion 430 tysięcy złotych. I to kilka lat temu, a więc w czasach, gdy ceny były "nieco" niższe niż dziś.

W tym miejscu warto zadać sobie pytanie, czy fascynacja uczestników programu tym "darmowym prądem" była rzeczywiście uzasadniona. Zakładając realistyczną żywotność kluczowych elementów systemu – instalacji PV (25 lat), elektroniki energoelektronicznej (10–15 lat), pompy ciepła i magazynów energii (15–25 lat) – można ostrożnie przyjąć uśredniony horyzont rzędu 20 lat. Nawet przy takim, dość optymistycznym założeniu, koszt tej inwestycji rozłożony w czasie oznacza wydatek rzędu około 6–7 tysięcy złotych miesięcznie. Jak widać, to dość wysoki "rachunek" jak na darmowy prąd i darmowe ogrzewanie.

Oczywiście to dopiero początek zgrzytów w tej pięknej opowieści o darmowej energii pana aktywisty. Podczas programu próbowałem zadać mu dwa proste pytania, które skutecznie rozbroiłyby tę bombę bzdur. Niestety gospodarz programu nie uznał za stosowne ich dopuścić. A były to pytania banalnie proste: czy dom jest podłączony do sieci oraz czy obowiązuje tam umowa typu net-billing czy net-metering.

Już sama próba ich zadania wyraźnie zdenerwowała naszego bohatera i zapaliła czerwoną lampkę ostrzegawczą. Najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że jeśli zacznie odpowiadać, mit darmowej energii pryśnie jak bańka mydlana. Zniecierpliwiony odparł, że jest podłączony do sieci, bo "takie jest prawo", sugerując przy tym, że w zasadzie mógłby się odłączyć, gdyby tylko mógł. Czyżby?

I tu ujawnia się kolejna rysa na obrazie darmowej energii z pogodozależnych OZE. Gdyby faktycznie odłączył się od sieci, to zimą zapewne nieco by zmarzł — bo skąd wziąć energię do zasilania tej wspaniałej pompy ciepła? Z magazynów energii? Raczej nie. Magazynowanie energii z lata na zimę pozostaje bowiem problemem zabójczo drogim i w zasadzie wciąż nierozwiązanym.

W rzeczywistości zapewne nasz pocieszny aktywista latem "ładuje" wirtualny magazyn, obciążając sieci elektroenergetyczne i przerzucając dodatkowe koszty na innych użytkowników systemu. Zimą natomiast "odbiera" swoją darmową i "zieloną" energię, która, niestety, bardzo często pochodzi ze spalania węgla.

Aktywista oraz reportaż o jego domu przekonywali, że nie płaci on żadnych rachunków. Czyżby? W najlepszym razie nie płaci on za energię czynną, natomiast wszystkie pozostałe opłaty – za przesył, opłatę mocową, opłaty stałe i abonamentowe – nadal ponosi. O braku rachunków nie może więc być mowy.

Najbardziej jednak uderzający pozostaje aspekt dumy z "taniej" i "przemyślanej" inwestycji, która w rzeczywistości kosztowała 1,43 miliona złotych, a którą właściciel rzekomo zrealizował za jedyne 100 tysięcy. Warto więc zadać kluczowe pytanie: kto zapłacił pozostałą kwotę?

Odpowiedź jest brutalnie prosta — zapłaciliśmy ją my wszyscy.


Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.

Zapraszamy do wypróbowania w promocji.


Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także