W czwartek w Waszyngtonie odbyło się pierwsze posiedzenie Rady Pokoju. Polskę, w charakterze obserwatora, reprezentował szef Biura Polityki Międzynarodowej Kancelarii Prezydenta Marcin Przydacz. Prezydent Donald Trump, który zainicjował powstanie Rady przekazał, że podczas pierwszego spotkania udało się zebrać 7 mld dolarów na pakiet humanitarny dla rozwiązania konfliktu w Gazie. Minister Przydacz zabrał głos po obradach. Poinformował, że dyskusja dotyczyła przede wszystkim kwestii pokoju na Bliskim Wschodzie – tego, co zrobić z Gazą na przyszłość. – W jaki sposób reagować na potencjalne pojawiające się zarzewia konfliktu. Stąd też liczna obecność państw arabskich, co nie powinno nikogo dziwić – powiedział podczas konferencji prasowej.
Rada Pokoju bez przedstawiciela Białorusi. Mocna krytyka
Posiedzenie przyciągnęło przedstawicieli 49 państw – większość pojawiła się w charakterze obserwatora. Blisko 20 krajów było reprezentowanych na szczeblu prezydenta bądź premiera. Były to m.in.: Armenia, Argentyna, Bahrajn, Katar, Kazachstan, Indonezja, Albania, Egipt, Węgry, Rumunia czy Kambodża. Na spotkaniu pojawiła się też m.in. komisarz UE do spraw regionu śródziemnomorskiego Dubravka Szuica.
Choć przywódca Białorusi Alaksandr Łukaszenka podpisał decyzję o przystąpieniu kraju do Rady Pokoju, to na czwartkowym spotkaniu nie pojawił się przedstawiciel Mińska. Dlaczego? MSZ Białorusi informuje, że "wizy dla delegacji na posiedzenie Rady Pokoju nie zostały wydane, mimo że wszystkie dokumenty złożono na czas i zachowano procedury".
"Białoruś poinformowała organizatorów, że decyzją głowy państwa w wydarzeniu weźmie udział minister spraw zagranicznych Maksym Ryżenkow. Zaproszenie prezydenta Stanów Zjednoczonych skierowane było do głowy państwa Białorusi. Jeśli nawet podstawowe zasady nie są przestrzegane, o jakim 'pokoju' mówimy?" – wskazano w oficjalnym komunikacie.
Czytaj też:
"Dobrze się stało". Sikorski chwali ruch Nawrockiego
