Ouuups!

Dodano

Naprawdę ważne wiadomości to te, które przemykają gdzieś bokiem. Nie podaje się ich w telewizji, nie wyrzuca na żółte paski, pierwsze strony gazet i górne krawędzie okładek czasopism. Można je znaleźć gdzieś w środku numeru, w mediach i serwisach specjalistycznych.

Do takich właśnie należy wiadomość o raporcie Oliviera Blancharda, głównego ekonomisty Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Niby nic − w raporcie znalazło się stwierdzenie, że program pomocowy MFW dla Grecji przyniósł więcej szkody niż pożytku. Zamiast postawić na nogi, dobił. I że podobny efekt przynoszą działania MFW wobec innych krajów europejskiego południa.

Można rzec – królowa Bona umarła. Wielka sensacja, że MFW raczył wreszcie zauważyć to, co widać gołym okiem. A jednak sensacja. Po pierwsze dlatego, że MFW, jak Związek Sowiecki, zasady nigdy się nie przyznaje do błędów, choćby były jak najbardziej oczywiste. A po drugie i ważniejsze − program wymuszony na Grecji niczym się nie różnił od programów realizowanych przez MFW w dziesiątkach innych krajów, w Argentynie, Meksyku, w krajach azjatyckich… także u początku lat dziewięćdziesiątych w Polsce. Był to, rzec można, pakiet standardowy: pożyczka w zamian za bardzo ostry kurs na umocnienie lokalnej waluty, jej pełną wymienialność i zniesienie barier celnych. Standardowo pakiet taki zawsze miał doprowadzić do ozdrowieńczego wstrząsu i ożywienia gospodarczego w ciągu roku, i wszędzie kończył się marazmem, rozkładem istniejących struktur i co najmniej pięcioletnią recesją. Jak dotąd rozbieżność między obietnicami a skutkami tłumaczono zawsze lenistwem i niedojrzałością tubylców, nie umiejących się dostosować do nowoczesnej gospodarki.

W tej sytuacji stwierdzenie głównego ekonomisty zasłużonej instytucji, że to ona spieprzyła sprawę, a nie tubylcy, zakrawa na przewrót kopernikański. Nawet jeśli sposobem wygłoszenia przypomina sitkomowe „ouuups” albo „przeprosiny” za komunizm w wykonaniu Aleksandra Kwaśniewskiego.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy, w największym skrócie, jest owocem zwycięstwa USA w II wojnie światowej. Zrujnowane i skompromitowane Niemcy, zadłużone do gaci byłe imperium brytyjskie, wydrenowana do cna Francja − któż niby mógł w powojennym układaniu świata podskakiwać potędze, która zdołała wyprodukować w ciągu kilku lat setki tysięcy ciężarówek, samolotów i czołgów, tysiące statków handlowych i setki okrętów wojennych? Zwłaszcza, gdy nad wszystkimi tymi wyczerpanymi wojną hołyszami wisiała groza sowietyzacji, przed która ochronić mógł tylko amerykański atomowy parasol?

Ameryka oczywiście chciała dla świata wyłącznie dobra. Tak, jak narzuciła Europie demokrację (nikt dziś nie chce pamiętać, że w latach trzydziestych to urządzenie społeczne powszechnie uważano na Starym Kontynencie za przeżytek, wybór na przyszłość widząc tylko między wzorcami włoskiego faszyzmu i narodowego socjalizmu a bolszewizmem), tak narzuciła jej oraz całemu światu wolny rynek i wolny handel. Wymusiła konferencją w Bretton Woods, by system walutowy oprzeć na dolarze - uczciwie przyznać trzeba, że dolar wtedy najlepiej się do tego nadawał, bo był walutą wymienialną.

Problem w tym, że w pewnym momencie rząd USA od parytetu złota odstąpił i od tej chwili cały światowy system walutowy zaczął zależeć od szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej, od którego trudno wszak wymagać, aby czyjekolwiek interesy przedkładał ponad amerykańskie. Potem, tak się złożyło, że dążąc do maksymalnego zintensyfikowania konsumpcji i otwarcia do niej dostępu także swym najuboższym i najmniej zaradnym obywatelom, stworzyły USA system wspierania swej gospodarki różnymi kredytami i życia ponad stan, w szybkim czasie z największego światowego wierzyciela stając się największym światowym dłużnikiem. A to nie mogło nie pociągnąć za sobą popsucia waluty, stanowiącej fundament dla innych walut. No i koniec końców, tak jakoś niepostrzeżenie wyszło, że MFW, instytucja pomyślana jako lokomotywa do wyciągania przez potężną Amerykę i inne mocarstwa z biedy państw uboższych, stał się instytucją służącą do przerzucania na państwa uboższe kosztów życia ponad stan mieszkańców potężnej Ameryki i jej sojuszników.

„Kimże jesteś? Jam częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie zło czyni” − mógłby powiedzieć MFW w dramacie Goethego, gdyby Goethe pisał swój sławny dramat obecnie i tak akurat obsadził głównego bohatera. Pisałem kiedyś − w dawnym „Uważaku” i w „Myślach Nowoczesnego Endeka” − o konferencji berlińskiej 1884 roku, na której mocarstwa Europejskie podzieliły między siebie Afrykę (będę też w pierwszym papierowym numerze nowego Tygodnika Lisickiego pisał o książce Adama Hochschilda „Duch króla Leopolda”, której przeczytanie proszę już dziś dopisać do swoich postanowień noworocznych). Konferencja Breton Woods wydaje się bardzo podobnym wydarzeniem historycznym. Deklaracje, nieważne, na ile szczerze składane – arcyszlachetne. Zamierzenia – wspaniałe. Obietnice – piękne; a ideały, całej krzątaninie przyświecające − tylko przyklasnąć… A skutki – jak zwykle.

Przez ostatnich kilkadziesiąt lat rządzący międzynarodowym systemem walutowym Amerykanie i ich akolici mieli całemu biedniejszemu światu do powiedzenia mniej więcej tyle: wasze problemy wynikają z faktu, że chcielibyście darmowego lunchu. Wasze problemy wynikają z faktu, że chcielibyście żyć ponad stan. Przestańcie wierzyć w socjalną demagogię, nauczcie się, że dobrobyt bierze się tylko z uczciwej pracy, wolnej konkurencji i wolnego handlu. A więc – zamiast kwękolić, weźcie się w garść. Urealnijcie walutę i otwórzcie się na nasze towary – to was zmusi do zmierzenia się z wyzwaniem, które uczyni z was prawdziwych, cywilizowanych i nowoczesnych ludzi, takich jak my. I nie marudźcie, że w konkurencji z naszymi towarami, które nauczyliśmy się wytwarzać dużo taniej (a jeszcze i tak je dla podniesienia dobrobytu naszych pracowników dotujemy, bo nas na to stać), nie macie najmniejszych szans. Albo że zalew tych towarów niszczy wasze gospodarki, wtrąca społeczeństwa w nędze i patologię… Zawińcie rękawy, bierzcie się do roboty, a żebyście nie narzekali, naści, macie tu pożyczkę, tylko, no! − zwrócić potem wszystko uczciwie, co do centa!

Zaprzeczyłbym wielkiej części, jeśli nie całej swojej dotychczasowej publicystyce, gdybym odrzucił ten przekaz w całości. A jednak… Nawet ostatni kołek nie może nie zauważyć, że gdy Amerykę i innych bogaczy stojących za MFW dotknął kryzys, ewidentnie wynikający z nadkonsumpcji i wiary w darmowe lunche (nie bez podstaw, bo te lunche faktycznie serwowano, a że na koszt biedniejszej połowy świata − coś się przecież cywilizowanym krajom należy za prowadzenie innych we właściwym kierunku?) to wobec samych siebie nawet nie próbowali oni zastosować recept, których nie szczędzili nam, białym czarnuchom ze środkowej Europy. Przez myśl nikomu nie przeszło spytać o zdanie pana Sachsa, Sorosa, czy tym bardziej naszego Balcerowicza. Nie do pomyślenia, by ICH ktoś pouczył, że PRZECIEŻ nie można żyć w nieskończoność na kredyt, zwłaszcza wynoszący 150 albo i 200 procent zastawu, pod który go zaciągnięto! Że waluta musi być REALNA, bo UREALNIENIE waluty to podstawa! I że bez kombinowania walutą, cłami, powinni się zmierzyć z konkurencją krajów bardziej pracowitych i nie tak obżartych, że to z nich uczyni znowu kraje gospodarczo silne i konkurencyjne.

Skądże. Co zrobiła Ameryka i Europa, kiedy to ich dotknął kryzys? Ano, nadrukowała, jak to uczenie nazwał profesor Rybiński, pierdyliony dolarów, całkowicie umownych, nie opartych na żadnym parytecie, i zasypała tymi pierdylionami swe gigantyczne długi, wciągając zarazem w trzęsawisko wielkiej księgowej fikcji cały świat.

Te wszystkie dobre rady były przecież dla frajerów, nie dla cywilizowanych, zachodnich krajów z ekskluzywnego klubu G 7 (czy ile tam).

Ale, jak teraz piszą rozmaici zachodni publicyści w renomowanych tamtejszych pismach, nie można tak do końca mieć do nich pretensji, bo raport pana Blancharda dowodzi, iż MFW „ma teraz kaca” i rozumie, że te rady nie były takie dobre. Nie żeby coś w związku z tym, ale po prostu, Biały Człowiek mówi „ouuups”, na znak, że zauważył, że niechcący (?) rozpierdzielił spory kawał biedniejszego świata.

Wielkie dzięki. Zawszeć to miło z jaśnie panów strony.

 0

Czytaj także