KrajOpozycji!

Opozycji!

Politycy opozycji w Sejmie
Politycy opozycji w Sejmie / Źródło: PAP / Tomasz Gzell
Dodano 2
29 maja, dzień 87. Wpis nr 76 | Uważam, że PiS-owi i Polsce przydałaby się opozycja. Prawdziwa. Ja wiem, że w wojnie polsko-polskiej racja może być tylko po jednej stronie, bo oba projekty polityczne mają (jeśli już mają) wykluczające się wizje (jeśli już mają) Polski. Ale nawet na takim poziomie codziennie przekraczamy granice walki politycznej o władze nad krajem, często – kosztem kraju.

Oczywiście obie strony uważają, że to ta druga powoduje taki koszt, ale coraz częściej słyszę głosy: „przed nami choćby potop”, to znaczy – nie ma granic w bujaniu polska łódką, byleby znienawidzona reszta wypadła przez burtę, a zwłaszcza ich kapitan. A że cała łódka może się wywalić? No cóż – takie są czasami koszty uzyskania władzy.

Ja pamiętam, za rządów PO PiS-owców siedzących w pokutnych ławach opozycji, która – jak to w naszym ustroju (K-O-N-S-T-Y-T-U-C-J-A! K-O-N-S-T-Y-T-U-C-J-A!) – mogła sobie pogwizdać. Oni się aż tak nie szastali. Owszem, byli smutni, że okradają im Polskę, ale nie było aż takich jazd. Może w polityce i były, bo to nie zawsze widać, jak tam jest z tymi buldogami pod politycznym dywanem, ale w tzw. debacie publicznej nie dochodziło już do takich przegięć. Teraz wszystko przyspieszyło, zwłaszcza pod reżimem wirusa-katalizatora.

To skaranie dla Polski, bo – jak pisałem – porządna opozycja by się Polsce przydała, a zastępuje ją jakiś rozhisteryzowany erzac. I tylko zajmuje miejsce. Zaprawdę, gdybym był prezesem Kaczyńskim to lepszej opozycji bym sobie nie wymodlił. Uważam, też, że prezes też by chciał lepszej opozycji, bo nie ma czym dyscyplinować swoich szeregów a wtedy głównym problemem PiS-u staje się sam PiS i jego wewnętrzne odśrodkowe trendy.

To, że w Sejmie jest jak jest – to trudno, ale, że całe grupy społeczne pozostają w jakimś odtwarzającym się stuporze oznacza, że nie masz nadziei. I nie ma komu kibicować by taką opozycję stworzył – wszystko wpada w czarną dziurę starych dekoracji przy zmieniającym się świecie.

Aby zbadać obecną niemożliwość tej zmiany sięgnąłem do swoich dysput z „opozycją” i to w ujęciu dynamicznym, bo procesy przyspieszają. Wyszło mi parę (niekonstruktywnych, ale konstytuujących) jej cech, z którymi wszyscy mierzymy się co dnia. Utwierdziły mnie one w przekonaniu, że wyjście z tego wiru jest możliwe tylko wtedy, kiedy formacja szeroko pojętej opozycji odzyska władzę. Bo brak władzy i rządy PiS-u to jedyne o co tu chodzi. Reszta to szlachetne zaśpiewy i dźwięki czadzącego fletu. Nie ma żadnego programu oprócz tego. Dlatego możliwość powrotu do władzy tej formacji mnie zmraża, bo co by było, gdyby taka ideowa fantasmagoria, o tak sprzecznych oczekiwaniach i aksjologii dostała rząd? Albo byłaby czysta władza dla władzy, albo chaos. Powie ktoś: a PiS to ma jakiś program oprócz obsadzenia na posadkach swoich i zadowolenia lidera, który ma nie wiadomo jaki program, bo zwariował na władzę? PiS program ma: jest to demontaż pookrągłostołowego układu wielopiętrowego klientelizmu, którego apogeum były rządy PO. Dostał do jego realizacji mandat społeczny, a to czy realizuje ten program skutecznie czy nie, to osobna sprawa, z której zostanie rozliczony przez swoich wyborców. Wróćmy więc do obiecanej analizy cech zwolenników opozycji.

Oni niedemokratyczni są. Naprawdę. Kiedyś jak rządzili to demokracja nie schodziła im z ust, teraz jak rządzą inni, to pojęcie demokracji nadal funkcjonuje, ale dokonała się jego dekonstrukcja. To już nie są rządy większości (skoro, jak widać, zawiodła), ale państwo prawa z różnorakimi mechanizmami demokratycznej kontroli trójpodziału władzy. To fikołek, który wymaga wielkiego wysiłku i skutkuje frustracją, bo trzeba w końcu wydusić z siebie, ten akurat dzisiaj (wczoraj nie) obowiązujący przykład, że Hitlera również wybrano demokratycznie.

Liberalna demokracja (bo to jest jednoczące idolo tej grupy) narusza właściwie jedyną bezdyskusyjnie pozytywną cechę demokracji – bezkonfliktowe wyłanianie władzy. Jak lud wybierze nas to ok, jak się pomyli, to robimy zadymę, że wszystko nie tak. I to na drugi dzień po świecie demokracji – wyborach. I ciągniemy to przez całą kadencję, aż do następnego przesilenia pt. wybory.

Oni są elitarni. A ci, którzy nie są, to aspirują. Reszta – jak widać, ciemny lud – nie zna się na zawiłościach państwa, dała się kupić za 500+ (my bierzemy, bierzemy, owszem, ale się nie damy kupić), tam zabobon, szczerbate zęby, w ogóle siara – zwłaszcza przed Europą. Stąd te wszystkie wzniosy okrzyków jak to się ludzie z elit męczą w Polsce. Skąd to się bierze, to większość opozycji nie wie, bo aspiruje, więc nie pyta o konieczność istnienia samomianowanych elit w demokratycznym społeczeństwie. Otóż liberalna demokracja, o której tu mówimy wypracowała w swoim projekcie różne mechanizmy mające uchronić społeczeństwo przed niewiadomymi wyborami większości, tak by nawet populizm nie mógł zniszczyć demokratycznych podstaw ustroju. Na straży tego mają stać co najmniej dwie rzeczy: elity i instytucje. To znaczy twory społeczne i organizacyjne, które mają niedemokratyczny sposób kooptacji (bo a nuż lud wybierze jeszcze jakiegoś watażkę) i trwają „ponad” kadencjami wybieralnych władz. Chodzi o to, by było komu przenieść kaganek demokracji ponad falującymi emocjami populizmu. I w teorii to fajnie brzmi, ale doszło już do światowego poziomu degeneracji tych bezpieczników. Nie poddane żadnej kontroli elity i instytucje stały się koteriami, a więc zaprzeczeniem potrzeby swojego istnienia. „Wyalienowały się z rozentuzjazmowanego tłumu”. Nie przenoszą ponad żywiołem demokracji niczego innego niż swoje własne interesy, za to mówią o tym procederze jak o misji. I lud to intuicyjnie widzi. Widzi co wyrabia ustalana przez elity (bo przecież nie wybierana) Komisja Europejska, zaś co rusz w jakimś telewizorze wychodzi jakiś nadęty bufon z elity i poucza naród co jest dobre a co złe, często swoim osobistym życiem udawadniając, że takie dystynkcje to nie dla niego, a to tylko opium dla prostaków. Naród już nie bardzo akceptuje, co dopiero rozumie, że ma się słuchać jakiegoś pana co do dróg swojego życia, tylko dlatego, że ten ma fajne scenariusz, dobrze kadruje, ma piękny głos czy ładnie na scenie udaje emocje. To powoduje rozziew pomiędzy elitami a ludem, co elity frustruje a lud rozzuchwala.

One chamskie są. No – schamiali strasznie. Klną i wyzywają, szczególnie w internecie i na forach. Tam czują się u siebie i jadą bez obciachu. Ja wiem, że symetrycznie (a jednak – symetryzm) dostanę teraz parę przykładów chamstwa PiS-owców, ja rozumiem. Ale ja się jednak mogę spodziewać czegoś więcej od elit lub aspirujących „młodych, wykształconych, z większych ośrodków”. Klną jak woźnice i nawet to się im podoba jak świni Jażdżewskiego. To wyraz frustracji, którą rozumiem, ale formy nie podzielam. To tak jak z tym gościem, który chciał pożyczyć cukier od sąsiada i tak się – idąc do niego – nakręcił, że ten mu będzie marudził, że jak sąsiad mu otworzył to ten krzyknął na niego „W d..pie mam ten twój cukier”. No, zbiera się, zbiera, aż się ulewa.

A skąd się zbiera? Ano stąd, że oni tylko ze sobą gadają. I są to właściwie tylko wymiany wyzwisk na „tych tam”, a więc jest to wyraz bezradności. A bezradność to prosta droga do frustracji i spirala chamstwa wywija w górę. Do tego tam nie ma żadnej pracy umysłowej, są same powielane kalki medialne, łykane jak przez pelikany. Sam to sprawdziłem – jak się wybieram na jakieś spotkanie, gdzie wiem, że się zacznie, to sobie robię godzinne kompendium w TVN (to moje osobiste poświęcenie dla kumpli; Bóg widzi i doceni?) i łowię wątki – wtedy mogę gadać. Jak tego nie zrobię, to nie wiem o czym jest rozmowa. A gadają jak nagrani – polityczny DJ zmienia tylko płyty, każdy przebój trwa góra dzień i jedziemy z nową listą. Nie ma jak wymienić myśli i argumentów, bo racje już zostały rozdane, a każdy kto je naruszy doprowadza do kolejnej frustracji zakończonej ostracyzmem. Procesor, do tej pory używany tylko do kreowania wariacji na wgrany temat, jak dostaje jakieś inne, autonomiczne zadanie, to zaczyna się przegrzewać. Do tego dochodzą reakcje wręcz stadne. Jak się dowiem na północy mego miasta, że coś jest nie tak i trzeba coś tam zrobić, to jak pojadę na południe, to się dowiem tego samego, łącznie z powieloną reakcją emocjonalną.

Oni są antyklerykalni. Oczywiście w różnym stopniu, ale to się powiela. Koresponduje ze wspomnianym poczuciem wyższości nad ludem, który wierzy w gusła i da się doić kapłanom. Wierzący opozycyjni mają tu swoją przystań (bez tej frakcji „totalni” nie mieliby demograficznie znaczenia politycznego) – katolicyzmu postępowego. Mają nawet swój tygodnik i wybiórczo słuchanego papieża Franciszka. Ci w Boga jeszcze wierzą (ba, przydają mu nowych towarzyszy ubóstwienia, np. Ziemię naszą) a swoją frustrację wyładowują na kościele ludowym (zabobon panie) i okropnych księżach. I jeszcze to reductio ad pedofilium. Po słynnych filmach braci Sekielskich można już widzieć kapłanów wyłącznie w roli dewiantów, co to ich kryje organizacja kościelna (kryła – kryje? – i to jest hańba kościoła, ale skoro tak już się liczymy, to gdzie była prokuratura przez całą III RP w tych sprawach? A rządzili wszyscy – od czerwonego do brunatnego). Ostatnio jak się wdałem w dyskusję z kolegą, że sprzeciw Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie tego, że rząd kłamie co do pomocy ze strony Unii jest według mnie od czapy jego kompetencji, to przeczytałem, że kolega bardziej liczył tu na biskupów „ale [ci] dają dupy na całym froncie”. Ja wiem, że teraz nic się już nie da powiedzieć, bo się usłyszy: „a u was biskupi gwałcą”. Murzynów?

Ja starałem się być zawsze krytyczny w stosunku do obserwowanych zjawisk. Ale powyższe cechy powodują, że czasem tracę swoją „sokratejską metodę” i deklaruję swoje poglądy. Nie wprost, bo są one zbyt chyba złożone w stosunku do wyłożonego wyżej prymitywnego mechanizmu cepa czarno-białości wojny polsko-polskiej. Ale ile można słuchać tych głupot, tych nagranych przepowiedni, stronniczych analiz, tego slalomowania z rzeczywistością jako „sumą prawd tymczasowych”? Jaki jest mechanizm, który – bądź co bądź – inteligentnym przecież ludziom każe bezrefleksyjnie powielać dzisiejszą porcję dogmatów dla aspirujących, odżegnując się od własnego rozumu, który woli się nie budzić, by się nie zorientować do jakiego stadka się człowiek zapisał? Szukałem i znalazłem – tym mechanizmem jest „dwójmyślenie”, w znaczeniu, w jakim opisał je jego twórca Orwell:

„Wiedzieć i nie wiedzieć, mieć poczucie absolutnej prawdomówności, a jednocześnie wygłaszać umiejętnie skonstruowane kłamstwa; wyznawać równocześnie dwa zupełnie sprzeczne poglądy na dany temat, i mimo świadomości, że się wzajemnie wykluczają, wierzyć w oba; używać logiki przeciwko logice; […] zapominać wszystko, czego nie należy wiedzieć, po czym przypominać sobie, kiedy staje się potrzebne, a następnie znów szybko wymazywać z pamięci”.

Przypomnę tylko, że Orwell w ten sposób opisywał mechanizm niewolnika idealnego, czyli takiego, który nawet nie widzi swego zniewolenia. Jak pisałem w swojej książce – dzisiejszy niewolnik nie widzi już kajdan na swoich rękach. Uważa je za świetliste i szykowne bransolety, które sam sobie założył wedle własnej woli i upodobania.

Ubolewam, bo pretendenci do poważnej opozycji stanowią wspólnotę wsobną. Świat jest im potrzebny już tylko do wyładowywania swojej frustracji, nie chcą go zmieniać, nawet poznać. Odrzuca się wszystko – a to badania, że wizja pisowca jako bezzębnego zaściankowca jest daleka od prawdy, a to, że „totalni” w swojej nienawiści do tych drugich są bardziej zamknięci i fundamentalistyczni niż ci, których oskarżają o podobne grzechy. To nie pasuje do wdrukowanego obrazu a przecież najważniejsze jest, żeby PiS odsunąć od władzy. To układ zamknięty, sekta (na razie?) bez lidera, która jest w sumie zadowolona ze stanu w jakim przebywa.

I trzeba dbać by te tezy broń Boże nie podlegały weryfikacji, bo lud ciemny 500+ ich nie zrozumie i znowu da się zwieść (kupić?) populistom. Więc co będziemy mu tłumaczyć? Będziemy siedzieli przegrodzeni od „tamtych” ścianą naszej pychy i użalali się nad ich ciemnotą. Będziemy więc jak dzieci, które utyskują na szkołę, a jak się już spotkają na domówce, to się okazuje, że oprócz tej okropnej geograficy, to nie ma już o czym gadać. Ale będziemy przecież w towarzystwie ludzi światłych i kulturalnych, a zaprzyjaźniony aktor zawsze powie jakiś zgrabny wierszyk lub zaśpiewa którąś z oraz bardziej knajackich piosenek. Porechoczemy jak to odważnie dowaliliśmy opresyjnemu systemowi, ale będziemy w swoim gronie ludzi zadowolonych, bo niepodlegających weryfikacji własnych działań poza ich własną, wsobną oceną. I to perpetuum mobile się nigdy nie zatrzyma. Bo zamiast wziąć się do roboty, coś zbadać, zgłębić programowo jakiś aspekt państwa, organizacyjnie się ogarnąć, to wymienimy się tylko memkami o Kaczorze-dyktatorze i pójdziemy spać pod ikeową kołderkę, w przekonaniu, że dla tej Polski zrobiliśmy już wszystko, ale dla (tamtych) Polaków nic się już zrobić nie da.

Biedna ta Polska.

Jerzy Karwelis

Wszystkie zapiski na blogu „Dziennik zarazy”

/ Źródło: dziennikzarazy.pl

Czytaj także

 2
  • Emilian58 IP
    To nie jest wojna polsko-polska. To jest wojna Polaków z polskojęzycznymi bolszewikami przytarganymi przez bandytę Stalina na bolszewickich czołgach i łoPOzycję z niemieckiej łapanki. Sojusz radziecki-niemiecki wciąż aktualny i owszem.
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • olo707 IP
      Oj panie Karwelis. Niby pan taki mądry a taki głupi. Już w 1989r. po sprzedaniu Solidarności przez jej własne elity straciłem wiarę w nową Polskę. Dla mnie 3RP była tylko PRL-bis dlatego nie mam złudzeń ani rozczarowań. Będę po prostu zadowolony jeśli uda się zrepolonizowac media, system bankowy i energetyczny. Konfederacja na pewno tego nie zapewni bo to zwykle bubki które nie ogarniają rzeczywistości i dlatego nimi łatwo sterować
      Dodaj odpowiedź 0 0
        Odpowiedzi: 0

      Czytaj także