Ks. prof. Bortkiewicz: Prawnuki Marksa nie byłyby sobą, gdyby nie próbowały powalczyć z Bogiem

Ks. prof. Bortkiewicz: Prawnuki Marksa nie byłyby sobą, gdyby nie próbowały powalczyć z Bogiem

Dodano: 317
Ks. prof. Paweł Bortkiewicz
Ks. prof. Paweł Bortkiewicz / Źródło: PAP / Tytus Żmijewski
– Przyzwalanie na zło, milczenie wobec niego tylko eskalowało problemy i powiększało ciężary znoszone przez samego św. Jana Pawła II. Przymnażało mu realnego cierpienia, bo on rzeczywiście niósł w sobie ciężar tego świata. Nie tyle czuł zapach owiec, co dzisiaj stało się jakimś przedziwnym standardem pasterstwa, ale był każdego dnia zanurzony w dramatach ludzkich na całym świecie i niósł ten ciężar do Boga. Istotnie, można mówić, że sam stawał się ofiarą zła, dziejącego się w Kościele – mówi portalowi DoRzeczy.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz.

Jak ksiądz profesor ocenia sytuację z kard. McCarickiem? Czego nas uczy i jak Kościół, ale też my wszyscy powinniśmy sobie radzić z takimi sytuacjami?

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz: Ta sytuacja jest oczywiście wstrząsająca. Co prawda, każdego dnia, jako kapłan sprawujący Mszę świętą powtarzam: „nie zważaj na grzechy nasze, ale na wiarę Twojego Kościoła”, ale trudno nie dostrzec ogromu tego grzechu, zła i zgorszenia, które zdaje się właśnie ową wiarą Kościoła wstrząsać. Ta sytuacja na pewno ukazuje ciemną, grzeszną stronę natury ludzkiej, jakąś głęboką korupcję antropologiczną, ale co jest niemniej przerażające – ten aspekt owej natury, którym jest solidarność w złu. A raczej anty-solidarność. W tej sytuacji musimy odczytać to jedno, że Kościół nie jest dziełem ludzkim, ale dziełem Chrystusa. Musimy na nowo uwierzyć w tę fundamentalnie ważną prawdę. Następnie musimy zmobilizować się w osobistym wysiłku, by na to działanie, zaufanie Chrystusa Pana, odpowiedzieć naszą wiernością.

Przerażające w raporcie jest to, że według niego św. Jan Paweł II był odcinany od informacji. W jakiś sposób też był ofiarą tego zła, które działo się w Kościele?

Tak, to rzeczywiście wstrząsające. Oczywiście, można próbować zrozumieć jakąś wolę tych, którzy blokując dopływ informacji, nie chcieli być może, dodawać ciężarów papieżowi. Jednak to oczywiście naiwna motywacja. Przyzwalanie na zło, milczenie wobec niego tylko eskalowało problemy i powiększało ciężary znoszone przez samego św. Jana Pawła II. Przymnażało mu realnego cierpienia, bo on rzeczywiście niósł w sobie ciężar tego świata. Nie tyle czuł zapach owiec, co dzisiaj stało się jakimś przedziwnym standardem pasterstwa, ale był każdego dnia zanurzony w dramatach ludzkich na całym świecie i niósł ten ciężar do Boga. Wystarczy zapoznać się jego „geografią modlitwy”, o jakiej wspomina w „Przekroczyć próg nadziei”. Istotnie, można mówić, że sam stawał się ofiarą zła, dziejącego się w Kościele.

Środowiska lewicy wykorzystują tę sytuację do ostrych ataków na instytucję Kościoła i na św. Jana Pawła II. Z czego to wynika?

No cóż lewica, nie byłaby sobą, prawnuki Marksa nie byłyby jego spadkobiercami, gdyby nie próbowały powalczyć z Bogiem. Strategia jest prosta. Kościół istotnie daje szereg powodów do spektakularnych zarzutów i oskarżeń. Oczywiście, są one różne. Niektóre nie są prawdziwe, jak ten dotyczący kard. Pella. Niektóre akcentują jedno zło np. pedofilię, ignorując drugie, widać o wiele bardziej akceptowalne, jak np. współpracę z komuną i jej agendami. Niektóre są zasadne i wiarygodne. Oczywiście, wybiera się te ostatnie, by podważyć zaufanie do Kościoła. Ukazać go jako instytucję niewiarygodną, wręcz przestępczą, perwersyjnie cyniczną.

Pewną przeszkodą w tym procesie jest osoba św. Jana Pawła II, świętego, którego świętość była i jest bardziej realna niż istnienie niewierzącego marksisty. Trzeba zatem tę osobą także zdyskredytować. Oskarżając papieża o to, że nie reagował na to, o czym nie wiedział i czego nie mógł wiedzieć. A wtedy, będzie można całkowicie podważyć autorytet Kościoła i próbować po raz kolejny przekonać w ramach opium dla ludu, że istnieje tylko niebo marksistów, a Bóg chrześcijan jest przeszłością.

15 lat temu, gdy Ojciec Święty odchodził, wydawało się, że jesteśmy jako naród zjednoczeni jak nigdy, a dziedzictwo papieża Polaka będzie w narodzie trwać. Teraz widzimy, że naród jest podzielony, a Kościół, nawet papież, padają ofiarami ataków, niechęci, nawet nienawiści.

Tak, to niezwykle bolesne zjawisko. Ale czy do końca zaskakujące? Już rok po śmierci św. Jana Pawła II Dariusz Karłowicz i Marek Cichocki w przejmującym artykule w „Teologii politycznej” pytali o naszą kondycję w pierwszym „roku bezkrólewia”. A myśmy się spodziewali, że ktoś z zewnątrz przyjdzie i wyzwoli nas z marazmu, przekuje nasze nastroje i emocje z kwietnia 2005 roku na trwałą wolę czynienia dobra, że wdrukuje nam w pamięć najważniejsze słowa… Jakiś czas jeszcze cytowaliśmy św. Jana Pawła II, ale przecież nastali nowi papieże i teraz obowiązuje retoryka wstawania z kanapy i robienia rabanu, ale nie tego, że „musicie od siebie wymagać, nawet, gdyby inni od was nie wymagali”. Trzeba mocno uderzyć się w piersi. Jest to w dużej mierze nasza wina. Musimy zapytać się, my w Kościele, o naszą tożsamość. Okazuje się, że mamy z nią problem. Kościół – tak to powtarzam w tych dniach – to nie jest efekt bitwy na głosy między 27 zwykłymi celebrytami, a 25 wierzącymi zakonnikami. Kościół to dzieło Chrystusa w służbie jednania, Kościół to komunia z Bogiem i ludźmi. Może właśnie ci, którzy Kościół dzisiaj atakują z taką zaciekłością, mają taki obraz Kościoła, i poniekąd nam uświadamiają, czym jest Kościół prawdziwy i dlaczego taki właśnie był, jest i musi pozostać znakiem sprzeciwu.

W roku 2005 mówiło się wiele o pokoleniu JPII. Dziś to często obecni 30-40 latkowie poddają się laicyzacji. Czy to kryzys tego pokolenia, czy też w ogóle jego istnienie było medialnym mitem?

Myślę, że to pokolenia JPII było. Sam czułem się i wciąż przyznaję się do tego pokolenia. Jednak to pokolenie zrodziło się w wyniku osierocenia i potrzebowało kogoś, kto się nim zaopiekuje. Ośmielę się powiedzieć, że tego się nie doczekało. Może to brzmi gorzko, może część moich braci w kapłaństwie, albo część przełożonych kościelnych się oburzy, ale… osieroceni potrzebowaliśmy przynajmniej wiarygodnego, powtarzanego z mocą przypomnienia prostych słów: „Nie lękajcie się!”, „Człowiek nie może zrozumieć siebie bez Chrystusa”, „Musicie od siebie wymagać…”, „Proszę was, abyście byli mocni mocą wiary…” i wielu, wielu innych. Trzeba było te słowa przypominać, ale nie na zasadzie cytatów w listach i homiliach, ale na zasadzie wiarygodnego świadectwa – to nam powiedział, byliśmy tego świadkami, dzielimy się… I trzeba było te słowa rozłupywać na sylaby i zgłoski, analizować, zadziwiać się, dzielić. Straciliśmy wielkie dziedzictwo. Chcę jednak wierzyć, że nie bezpowrotnie.

Wielka miłość do Jana Pawła II w czasie pielgrzymek była faktem, jednak nawet wtedy część komentatorów sprowadzała wszystko nie do realnego przesłania Jana Pawła II, ale do miłych, emocjonalnych momentów. Czy teraz nie zbieramy złych owoców zbytniego spłycenia przesłania papieża Polaka?

Oczywiście tak. O tym starałem się już wspomnieć. Weźmy na przykład papieskie słowa z „Evangelium vitae” – program Ewangelii życia: „Ewangelia miłości Boga do człowieka, Ewangelia godności osoby ludzkiej i Ewangelia życia stanowią jedną i niepodzielną Ewangelię”. A zatem, czy nie warto w dobie tych sporów o różnice w statusie płodu z zaledwie zespołem Downa i tym z wadą letalną, nie zacząć od tego, że trzeba starać się zrozumieć to życie naznaczone cierpieniem i życie cierpiących rodziców od prawdy, że Bóg jest Ojcem, że jest Miłością? No tak, ktoś powie – dlaczego zatem takie defekty? To brzmi absurdalnie! Niekoniecznie, cierpienie jest i będzie udziałem każdego z nas. I nie ma lepszego sposobu na zrozumienie cierpienia jak ukrzyżowana Miłość. Może nie na zrozumienie, ale na przeżycie. Można w tej ukrzyżowanej Miłości znaleźć siłę, moc, duchową płodność. I potwierdzenie tego, że ta Miłość inicjuje każde ludzkie życie. I to ona decyduje o godności każdego bez wyjątku. Za tego nienarodzonego człowieka, za tego głęboko upośledzonego Chrystus oddał też swoje życie. Miłość – godność, a zatem afirmacja życia! Nie ośmielam się przy tym tutaj czynić pełnego wyjaśnienia, ale raczej wskazać kierunek poszukiwań, inspirowany św. Janem Pawłem II.

Czy w takim razie nie należy nauki św. Jana Pawła II odczytać zupełnie na nowo, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Powiedziałbym, że w ogóle musimy odczytać Jana Pawła II. I przyznajmy – dla wielu, dla bardzo wielu to będzie pierwsza lektura. Powinniśmy czytać go jak najczęściej, powinniśmy szukać w nim wskazań dla bieżących zdarzeń, mając choćby tylko ogólną orientację – gdzie szukać. Chcemy porady na dzisiejsze manifestacje – sięgnijmy po Evangelium vitae, borykamy się w cierpieniem i problemem sensu umierania przedwczesnego w pandemii – jest list Salvifici doloris, pytamy, czy godzi się ograniczać migrantów pragnących dotrzeć do naszych granic i przekroczyć je – znajdziemy odpowiedź w Ecclesia in Europa. Szukamy jakiejś odpowiedzi na zło w Kościele, które toczy duchownych – sięgnijmy, my duchowni, do choćby listów, które kierował do nas. To nie jest archiwum – to jest słowo, które ma moc. Może nie zawsze jest najprostsze, ale przecież chyba wolimy zaangażować rozum, spróbować rozumieć, niż reagować hasłami, które są zapisywane gwiazdkami ze względu na cenzurę. Chyba mamy jeszcze dla siebie choć trochę szacunku… I chcielibyśmy tym szacunkiem obdarzać innych…

Czytaj też:
Zybertowicz: Wygląda na to, że kardynał Dziwisz zdradził Jana Pawła II
Czytaj też:
Raport Watykanu ws. McCarricka. Jest wątek Jana Pawła II i kard. Dziwisza

Źródło: DoRzeczy.pl
 317
Czytaj także