Wszedł na pomnik i groził detonacją. Ujawniono plany Krzysztofa B.

Wszedł na pomnik i groził detonacją. Ujawniono plany Krzysztofa B.

Dodano: 
Mężczyzna wszedł na pomnik Ofiar Tragedii Smoleńskiej. Twierdzi, że ma bombę
Mężczyzna wszedł na pomnik Ofiar Tragedii Smoleńskiej. Twierdzi, że ma bombę Źródło: X
Mężczyzna, który groził zdetonowaniem bomby na pomniku smoleńskim, przekonuje, że chciał zdobyć rozgłos w sieci i "nagłośniać międzynarodowe afery szpiegowskie".

Około 12.00 Plac Piłsudskiego w Warszawie został zabezpieczony przez policję. Mężczyzna wszedł na pomnik Ofiar Tragedii Smoleńskiej i według nieoficjalnych informacji, zagroził wysadzeniem się w powietrze.

"Mężczyzna wszedł na pomnik smoleński, ze względów bezpieczeństwa Plac J. Piłsudskiego oraz teren przyległy zostały wyłączone dla ruchu" - przekazał rzecznik KSP, podinsp. Sylwester Marczak.

Policjanci szybko zjawili się na miejscu. Służby przeprowadziły czynności operacyjne, w tym negocjacje z mężczyzną. W czasie akcji obowiązywał całkowity zakaz zbliżania się do placu Piłsudskiego i terenu przyległego. O zdarzeniu informowała także korespondentka BBC we wschodniej Europie Sarah Rainsford.

Nie chodziło wyłącznie o rozgłos?

Krzysztof B.to 38-latek spoza Warszawy. – Swoje zachowanie tłumaczył chęcią osiągnięcia rozgłosu, a także chęcią stworzenia tzw. wirala w mediach społecznościowych. Zaprzeczył, iż chciał zrobić komuś krzywdę. W sprawie powołano dwóch biegłych lekarzy psychiatrów, którzy ocenią stan psychiczny podejrzanego – przekazał prok. Szymon Banna, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, w rozmowie z Onetem.

Portal przekazał, że Krzysztof B. miał o wiele większe plany, których nie zdążył zrealizować. "Jak tłumaczył mężczyzna, stworzenie wspomnianego wirala miało mu służyć do tego, by nagłaśniać międzynarodowe afery szpiegowskie. Śledczy podejrzewają, że 38-latek może być niepoczytalny, ale to muszą ocenić lekarze eksperci" – czytamy w serwisie.

Wobec mężczyzny nie zastosowano tymczasowego aresztowania jako środka zapobiegawczego. Krzysztof B. dostał jedynie dozór policji.

– Nic nie wskazywało na to, żeby chciał komuś zrobić krzywdę. Nie miał też przy sobie narzędzi, które mogły to spowodować. Oczywiście nikt nie twierdzi, że to przestępstwo nie jest poważną sprawą, bo grozi za to do ośmiu lat więzienia. Rzeczywistego zagrożenia jednak nie było – dodaje rzecznik Prokuratury Okręgowej.

Czytaj też:
Wągrowiec: 2-latek potrącony na pasach. Zarzuty dla matki

Opracował: Jan Fiedorczuk
Źródło: Onet.pl
Czytaj także