Problem z edukacją zdrowotną. "Żyjemy w oparach absurdu"

Problem z edukacją zdrowotną. "Żyjemy w oparach absurdu"

Dodano: 
Sala lekcyjna, zdjęcie ilustracyjne
Sala lekcyjna, zdjęcie ilustracyjne Źródło: PAP
W polskich szkołach pojawił się kolejny problem, związany z edukacją zdrowotną. Duża część uczniów, która nie wypisała się z zajęć, od kilku miesięcy jest na nich nieobecna.

1 września 2025 r. do szkół podstawowych i ponadpodstawowych weszła edukacja zdrowotna, która zastąpiła wychowanie do życia w rodzinie. Przedmiot jest nieobowiązkowy. Według ministerialnych statystyk uczęszcza na niego tylko ok. 30 proc. uczniów.

– Żeby przedmiot miał sens, powinien być obowiązkowy. Młodzież powinna wiedzieć, jak się badać, jak zadbać o swoje zdrowie psychiczne, jak się zdrowo odżywiać – mówiła kilka tygodni temu na antenie Polsat News minister edukacji narodowej Barbara Nowacka. Nowy przedmiot wywołuje kontrowersje ze względu na sposób przedstawienia zagadnień związanych z seksualnością. Do rezygnacji z zajęć zachęcała rodziców m.in. Konferencja Episkopatu Polski.

Do końca marca resort edukacji ma podjąć decyzję, czy edukacja zdrowotna będzie obowiązkowa od nowego roku szkolnego.

Pustki na lekcjach edukacji zdrowotnej

Jak opisało Radio Zet, nie brakuje uczniów, którzy nie wypisali się z nowego przedmiotu, ale na niego nie chodzą. Choć dla uczniów nie oznacza to konsekwencji, dla szkoły to dodatkowy problem. – Mamy mnóstwo uczniów, którzy nie wypisali się z przedmiotu, ale na lekcjach się nie zjawiają – powiedział w rozmowie z Radiem Zet Maciej Rusiecki, dyrektor V LO w Warszawie. – Z klas pierwszych powinno chodzić 15 osób. Na lekcji są zazwyczaj cztery te same osoby. Pozostałym albo nie chce się wstać, albo nie chce się im zostać, bo edukacja zdrowotna jest na końcu albo początku dnia – dodał.

W związku z tym, że przedmiot jest nieobowiązkowy, nie ma z niego ocen, nie widnieje on na świadectwie. Nieobecności na zajęciach liczą się do frekwencji ogólnej, ale chodzi tylko o kilka godzin. – Żyjemy w oparach absurdu – stwierdził Rusiecki.

"Wprowadzanie takiej lekcji nie ma sensu"

Formalnie nie można już wypisać uczniów z zajęć. Natomiast ich nieobecności są usprawiedliwiane przez rodziców. – Uczniowie żadnych konsekwencji nie ponoszą. Są na liście, bo muszą być, ale nic więcej nie możemy zrobić. Ani wyegzekwować tego, żeby chodzili, ani tego, żeby ich z tej listy zdjąć – zwróciła uwagę Milena Cybulska-Rakoczy, dyrektor Zespołu Szkół Rzemiosła w Łodzi. Podkreśliła, że szkoła musi prowadzić dokumentację i wypełniać szereg dokumentów, "bo oficjalnie lekcja i przedmiot jest".

– Skoro przedmiot jest nieobowiązkowy, zróbmy lekcję otwartą i kto chce, niech przychodzi. Wprowadzanie jakiejkolwiek lekcji nieobowiązkowej nie ma sensu. Jeśli coś jest nieobowiązkowe, to tego nie ma. To tak jakby pracodawca nałożył na nas dodatkowy obowiązek, ale zaznaczył, że jak nie zrobimy tego, to się nic nie stanie – stwierdził Rusiecki. Z kolei Cybulska-Rakoczy zauważyła jedną "korzyść". – Nauczyciel ma godziny, dostaje za to pieniądze, bo przychodzi do pracy mimo wszystko, nawet jak uczniów nie ma, to może być skierowany do innych zadań – powiedziała.

Czytaj też:
Przymusowa "edukacja zdrowotna" od września?

Opracował: Dawid Sieńkowski
Źródło: Radio Zet
Czytaj także