Pewnie mało kto by w ogóle usłyszał o istnieniu czegoś takiego jak Europejski Order Zasługi, gdyby nie Lech Wałęsa. Nie dlatego, że go odznaczono – to pewnie mało kogo interesuje; Wałęsa, jak i inni bohaterowie rządzącego salonu, regularnie przywozi z podróży zagranicznych rozmaite tytuły, dyplomy honorowe czy baretki i jeśli nawet kiedyś były one zauważalnym elementem „dystrybucji szacunku”, to dawno już zdążyły wszystkim spowszednieć. Nie dlatego, że podczas odbierania odznaczenia w Parlamencie Europejskim na sali nie było większości posłów PiS i Konfederacji, a ci, którzy byli, ośmielili się nie wstać. Rządowe media rutynowo podchwyciły to jako powód do oburzenia, sam Wałęsa ogłosił przejawem „głupoty” – przy czym głupota nieobecnych polegać miała na tym, że stracili okazję do posłuchania, co Wałęsa miał do powiedzenia. Większość czytelników zgodzi się chyba, że to niewielka strata. Wałęsa ciekawy jest jedynie wtedy, a i to w szczególny sposób, gdy zmyśla kolejne niestworzone wersje swojej dawnej współpracy z SB, a o tym chyba na ceremonii w parlamencie nie mówił.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

