Jak Kijów sam sobie szkodzi
  • Maciej PieczyńskiAutor:Maciej Pieczyński

Jak Kijów sam sobie szkodzi

Dodano: 
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski Źródło: PAP/EPA / RONALD WITTEK
Ukraińskie ataki na terenie Rosji są spektakularne, ale końca wojny nie przyspieszą. Kijów traci na nich więcej niż Moskwa, ponieważ z wizerunkowego punktu widzenia zaciera się granica między agresorem a ofiarą

W teorii kompromitacja Władimira Putina w wojnie z Ukrainą jest oczywista. Rosyjski przywódca, zamiast przyjmować kolejną paradę zwycięstwa w zdobytym w chirurgicznej „wojskowej operacji specjalnej” Kijowie, drżał ze strachu przed potencjalnym nalotem dronów na Plac Czerwony. Ukraińcy na tyłach agresora robią, co chcą. Niebo nad rosyjskimi miastami setki, a nawet tysiące kilometrów od frontu, spowite jest dymem od płonących rafinerii. Poddani Putina, w tym również mieszkańcy samej, do niedawna nietykalnej i żyjącej daleko od wojny Moskwy, zamiast oglądać sukcesy swojej armii w sąsiednim, „faszystowskim” kraju, chowają się w schronach, z przerażeniem wyczekując ukraińskich bombardowań. Nic nie wskazuje na to, by Moskwa wygrywała wojnę z pogardzanymi neobanderowcami.

Jednak powyższa diagnoza jest tylko pozornie trafna. Brzmi racjonalnie i daje się uargumentować. Nie uwzględnia jednak rosyjskiej specyfiki. Płonące Tuapse, Perm czy strach w oczach Moskwian poprawiają samopoczucie walczących Ukraińców, dają jednak złudną nadzieję na pokonanie agresora. W rzeczywistości ataki na rosyjskie miasta nie tylko nie przyspieszają końca wojny, lecz także ów koniec oddalają. Kijów w ten sposób sam sobie szkodzi.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy.
Księgarnia Do RzeczyKsiążki Macieja Pieczyńskiego
można kupić w Księgarni Do RzeczyZapraszamy
Czytaj także