– Ostatnim, który będzie mi wyznaczał zadania, jest pan Przydacz, niech zajmie się sobą – powiedział szef MON w radiowej Trójce.
Spór wybuchł po wypowiedzi prezydenckiego ministra, który po spotkaniu z sekretarzem stanu USA Marco Rubio ocenił, że istnieje "zielone światło" dla stałej obecności wojsk amerykańskich w Polsce i zasugerował, że MON powinno przyspieszyć działania i "wziąć się do pracy".
Kosiniak-Kamysz podkreślił, że rozmowy dotyczące amerykańskiej obecności wojskowej trwają od wielu miesięcy i są prowadzone przez rząd we współpracy z partnerami z USA. Zaznaczył jednocześnie, że ostateczne decyzje należą do administracji prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Spór otoczenia prezydenta z MON. "Przedszkole"
Wcześniej na słowa Przydacza zareagowała Małgorzata Sobkowiak-Czarnecka, od niedawna wiceszefowa MON. Jak stwierdziła, słuchając doradców prezydenta ma czasem wrażenie, jakby "była w grupie biedronek w przedszkolu córki".
Argumentowała, że rozmowy dotyczące ewentualnej stałej obecności wojsk USA w Polsce wymagają współpracy rządu i prezydenta, a nie rywalizacji politycznej. Przypomniała, że rząd podjął już formalne działania w tej sprawie, w tym skierowanie odpowiednich dokumentów do strony amerykańskiej oraz uzyskanie zgody Rady Ministrów na prowadzenie negocjacji.
Żołnierze USA w Polsce. Sprzeczne sygnały z Waszyngtonu
W maju Pentagon odwołał planowaną rotację ok. 4 tys. żołnierzy amerykańskiej brygady pancernej z Fort Hood w Teksasie do Polski. Decyzja zapadła w ramach szerszego planu redukcji obecności wojsk USA w Europie.
Niedługo potem prezydent USA Donald Trump ogłosił, że wyśle do Polski 5 tys. dodatkowych żołnierzy. Podkreślił, że jego decyzja ma związek z wygraną Nawrockiego w wyborach prezydenckich, którego "z dumą poparł".
Wciąż nie jest znana ani dokładna liczba żołnierzy USA, którzy mieliby trafić do Polski, ani termin ich przerzutu.
Czytaj też:
Potężna broń AI w rękach Polski. Biały Dom dał zielone światło
