"Widzenie Eneasza" – czyli skąd się wzięło moje życie sekretne. Nowa książka Piotra Goćka

"Widzenie Eneasza" – czyli skąd się wzięło moje życie sekretne. Nowa książka Piotra Goćka

Dodano: 
Piotr Gociek
Piotr Gociek Źródło: DoRzeczy.pl
Publikujemy fragment nowej książki publicysty tygodnika "Do Rzeczy" Piotra Goćka – "Widzenie Eneasza".

Pierwszy wiersz w życiu napisałem, ponieważ się zakochałem. Miałem wtedy piętnaście lat. Nigdy go nie przeczytacie. Pisanie wierszy jest między innymi formą rozmowy z tymi, których kochamy; najbardziej prywatnymi rozmowami nie wypada się dzielić. Ale pisanie wierszy jest także formą innej rozmowy – ze światem. Jak każdy zbuntowany młodzian wszcząłem tę rozmowę, by poinformować świat, jak bardzo jestem nim zdegustowany. Były lata osiemdziesiąte XX wieku. Komunizm w Polsce znajdował się w fazie trwałego rozkładu, który zdawał się nie mieć końca.

Zbyt mały byłem na rewolucję „Solidarności” lat 1980–1981, wystarczająco duży, by stan wojenny sprawił, że na pytanie „jaka czeka nas przyszłość”, zwykłem odpowiadać: „żadna”. Pamiętam, jak kiedyś uciekłem ze szkoły i pojechałem do centrum miasta pod siedzibę regionalnej „Solidarności”, gdzie na wielkiej ścianie rozklejano antyrządowe afisze, manifesty, obwieszczenia strajkowe, czasem nawet wiersze. Rysunkowe żarty. Edward Gierek odziany jedynie w bufiaste majty, z nich wygląda naprężona męskość. Komentarz: „No i co ci, Gierek, wyszło z tych reform?”. Humor jest bronią bezsilnych. Wiersze chyba też.

Pierwsze pięć wierszy opublikowałem na łamach podziemnej „Kultury Niezależnej” i szczerze mówiąc, do dziś nie wiem, komu ten zaszczyt zawdzięczam. Maszynopis debiutanckiego zbiorku przekazałem w roku 1988 przyjacielowi, pisarzowi i dziennikarzowi Markowi Oramusowi. Negatywnie zweryfikowanemu i objętemu wtedy zakazem pracy w mediach, a o którym wiedziałem, że ma kontakty w niezależnym ruchu wydawniczym. Zbiorek nigdy się nie ukazał, ale w 47 numerze KN (styczeń 1989) ukazały się wybrane z niego teksty. Kto je wybierał, czym się kierował – też nie wiem. Pewnie nigdy się nie dowiem. Czytam w Encyklopedii Solidarności: „w składzie redakcji znajdowali się pisarze, krytycy i publicyści: Marta Fik i Andrzej Osęka (członkowie Komitetu Kultury Niezależnej «Solidarności»), oraz Jan Walc, Janusz Sławiński, Zyta Oryszyn, Andrzej Kaczyński (związani ze środowiskiem pisarzy i z Instytutem Badań Literackich)”. Przez czyjekolwiek ręce przeszły moje wiersze – dziękuję.

Tomik „Krew” w nieco zmienionej formie ukazał się ostatecznie nakładem podziemnego ruchu Wolność i Pokój w roku 1989. Jednocześnie zadebiutowałem jako poeta w oficjalnym obiegu wydawniczym, na łamach miesięcznika „Opole” (czerwiec 1989). Jakże dumny byłem, gdy w recenzji Marek Jodłowski pisał, że autor „jest zdyscyplinowany, wyraźnie konstruuje swoje wiersze”. I zakłopotany zarazem, ponieważ nie wiedziałem niczego o konstruowaniu wierszy, po prostu je pisałem, a słowo „zdyscyplinowany” kojarzyło mi się jedynie ze szkolną nauczycielką geografii, która biła nas po rękach długim drewnianym wskaźnikiem do mapy. Ale myślę, że wiem, skąd takie wrażenie mogło się brać. Jesteśmy tym, co czytamy, a ja czytałem wtedy mnóstwo Tadeusza Różewicza, Zbigniewa Herberta, Ewy Lipskiej, mistrzów wiersza oszczędnego i zdyscyplinowanego.

Potem było trochę konkursów, trochę nagród; Nachodzące Pokolenie w Bytomiu, dzięki któremu poznałem Bohdana Urbankowskiego i Marcina Hałasia. Temu pierwszemu wdzięczny jestem za długie rozmowy o Mickiewiczu i Piłsudskim, temu 7 drugiemu za rozmowy o wszystkim i wino pite wspólnie „na placu Rokoko”. Pozdrawiam Was, z głęboką wdzięcznością, z przyjaźnią. Był konkurs Silesia Poetica, edycja z 1991 roku, której spiritu movens był naonczas Marek Zacharyasz. Nigdy go nie poznałem, więc tym bardziej nisko się kłaniam. Był konkurs miesięcznika „Czas Kultury”, który wygrałem ex equo z Marzanną Kielar. Uczyłem się wtedy tego, że wiersz to forma rozmowy nie tylko z tymi, których kochamy, nie tylko ze światem, ale także z wielką siłą, która wszystko przenika. Na zdjęciu w numerze 29–30 (czerwiec–lipiec 1991) odbieram nagrodę z rąk Rafała Grupińskiego, z którym dziś w kwestii poglądów dzieli mnie wszystko, ale wciąż potrafimy rozmawiać o literaturze, i wciąż czekam na nowy przekład „Iliady” Homera, nad którym pracuje dzisiejszy aktywny polityk, ale jednocześnie właściciel oficyny MG, wydającej między innymi Tyrmanda.

Były kolejne dwa tomiki wydane przez Staromiejski Dom Kultury w Warszawie: „Trzeci kamień od słońca” (1989) i „Powrót na akwarelę szaleńca” (1994). Pierwszy dzięki Jackowi Podsiadle redagującemu serię „Poezja szybkiej obsługi”, drugi dzięki Krzysztofowi Vardze redagującemu wydawany przez SDK magazyn „Krzywe Koło Literatury”. Bardzo daleko dziś jesteśmy od siebie w kwestii patrzenia na Polskę, literaturę, politykę, ale obu jestem wdzięczny. A jako że nie wyraziłem właściwie tej wdzięczności kiedyś, czynię to teraz. To już trochę inne wiersze. Jesteśmy tym, co czytamy, a ja czytałem wtedy coś innego – głównie poezję angielską i amerykańską, głównie pop-poezję, która przez chwilę wydawała mi się czymś niesłychanie ożywczym. Każdy wiek ma swoje fascynacje.

Były pojedyncze wiersze w antologiach „Po Wojaczku. Antologia poezji polskiej 1971–1991”, w której brak informacji o wydawcy, oraz w „Macie swoich poetów. Liryka polska urodzona po 1960 r. Wypisy”, zestawionej przez trio Paweł Dunin-Wąsowicz, Jarosław Klejnocki, Krzysztof Varga, a wydanej przez Lampę i Iskrę Bożą dwukrotnie (1996, edycja rozszerzona 1997). Był wiersz czy dwa w dzienniku „Czas Krakowski” (znów dzięki Markowi Oramusowi). Był jakiś spektakl poetycki przygotowany przez Wojciecha Siemiona w teatrze Stara Prochownia; montaż, do którego trafiły moje wiersze, a którego nie widziałem na oczy (ani Siemiona, ani spektaklu). Dowiedziałem się o tym, tak jak o debiucie w „Kulturze Niezależnej” – ktoś kiedyś komuś powiedział. A potem ten inny ktoś przypadkiem powiedział mnie. A potem koniec, jak mi się wydawało.

Sądziłem do niedawna, że napisałem owych wierszy bardzo wiele. Idealizujemy przeszłość. Przygotowując ten wybór ujrzałem ledwie wierszy kilkadziesiąt, z tego część niewartych przypomnienia. To miłe, że znalazły kiedyś czytelników, mniej miłe jest to, że sam ich przychylnym czytelnikiem już dziś być nie potrafię. Nie ma tego złego. Dowiedziałem się przecież dzięki temu, skąd biorą się złe wiersze. Wystarczy słuchać zbyt wiele złej muzyki, a czytać za mało dobrych książek. Poza tym, gdy jest się młodym, bardzo łatwo być smutnym. I każdy ból, jakkolwiek śmieszny po latach, wtedy zdaje się zwiastować koniec świata. Nic więcej nie mam na swoją obronę. Ale nie wyrzekłem się ich. Przynajmniej niektórych. Kilka poprawiłem, dopisując czasem linijkę lub dwie, skreślając nieco słów, porządkując rytm. Po latach widzę lepiej, co chciałem w nich powiedzieć, a wstydzę się tego, że nie wiedziałem, w jaki sposób. Skoro są moje, mogę robić z nimi co chcę. Jeśli kiedyś będę chciał je napisać zupełnie od początku, to też tak uczynię. Znalazły się w drugiej części niniejszego tomu zatytułowanej „Kiedyś”.

Od kilku lat wiersze do mnie wracają. Niektóre zapisuję. Znajdziecie je w pierwszej i trzeciej drugiej części tego zbioru.

Powyższy tekst stanowi wstęp do książki „Widzenie Eneasza. Wiersze z lat 1986-2020”, OW Volumen 2021. Książka do nabycia na stronie wydawnictwa.

Czytaj też:
"Widzenie Eneasza" oraz "Czarne bataliony 2.0". Nowe książki Piotra Goćka

Czytaj też:
Gociek: Rzeczy małe przypominają nam o rzeczach wielkich

Źródło: owvolumen.pl
 0
Czytaj także