Dopiero martwych ludzi mamy na własność, zredukowanych do jakiegoś obrazka czy kilku zdań” – pisał Marcin Wicha we wstępie do książki pt. „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. „Teraz już wiadomo – byli tacy albo śmacy. Teraz możemy podsumować całą tę szarpaninę. Rozplątać niekonsekwencje. Postawić kropkę”.
To oczywiście złudzenie, któremu wszyscy ulegamy. Nic nigdy nie zostanie zamknięte, przeszłość staje się teraźniejszością, bo przeszłość to jedyne, co istnieje, co mamy. I cali jesteśmy z tej przeszłości, bo z przyszłości być przecież nie możemy – jeszcze nie nadeszła.
Opowieść o ludzkiej duszy
Mama umarła. Dwie córki obracają w dłoniach kolorowy wazon. Mama go lubiła. Jedna go nie chce. Druga się waha. Cóż to właściwie jest? Jaką ma wartość? Chyba tylko sentymentalną. Gdy Agnes decyduje, że chce go zatrzymać, jej siostra Nora naraz także nabiera na to ochoty. Będą się spierać o coś, czego wcale nie chciały?
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
