Gan Bi – poeta, fotograf i reżyser – już od dekady penetruje rejony omijane przez wyznawców realizmu. Teraz najwidoczniej dorwał się do książki Konrada Eberhardta z roku 1974, głoszącej, że kino jest niczym więcej niż snem. Chińczyk wyciągnął z tej tezy wniosek nader praktyczny. „Zmartwychwstanie” wypełniają oniryczne wizje, załamania czasoprzestrzeni tudzież dłuuugie ujęcia potwierdzające, iż obcujemy z dziełem Artysty. I nie chodzi o banalną wędrówkę w labiryncie wyobraźni. Gan Bi popisuje się iście azjatyckim okrucieństwem i erudycją filmowego encyklopedysty. Ogrodnik zostaje oblany wodą z węża, po ścianie przemyka cień Nosferatu, strzały z rewolweru demolują gabinet luster, w zrujnowanej świątyni objawia się duch, dziecko zostaje wspólnikiem oszusta, desperat marzy o pocałunku wampira. To wszystko już było, lecz w 160-minutowym „Zmartwychwstaniu” zostaje podane z wirtuozerią, przyprawiającą o zawrót głowy. Niemiecki ekspresjonizm, amerykański noir, łotrzykowska komedia, romantyczny horror, dla każdego coś miłego.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
