Obserwator mediówPanie Duda, czy Panu się uda?

Panie Duda, czy Panu się uda?

Dodano

W "Rzeczpospolitej" Łukasz Warzecha zastanawia się nad szansami Piotra Dudy jako przywódcy ruchu oburzonych rządami Platformy Obywatelskiej. Widzi w nim poważnego konkurenta zarówno dla Donalda Tuska, jak i Jarosława Kaczyńskiego.

"To ruch sprzeciwu wobec obecnej władzy, i to sprzeciwu w znacznej części pochodzącego – jak w przypadku najbardziej znanej, poza Piotrem Dudą, osoby w Platformie Oburzonych, czyli Pawła Kukiza – spośród kręgów byłych lub przynajmniej potencjalnych zwolenników PO. To znacznie groźniejsze niż rytualny sprzeciw zwolenników PiS. Ta grupa może o wiele łatwiej podkopywać poparcie dla partii rządzącej. Trudniej propagandowo podpiąć ją pod złowrogiego „Kaczora”, choć oczywiście takie medialne próby są podejmowane. Na razie zawodzą" - pisze Warzecha. "Z drugiej jednak strony Donald Tusk może mieć powody, aby projekt Dudy popierać lub przynajmniej nie zwalczać go zbyt mocno. To te same powody, dla których z kolei PiS odnosi się do Platformy Oburzonych, mówiąc delikatnie, z dystansem. Jest to bowiem ewidentnie konkurencja w dziedzinie kontestacji rządu Tuska, a tej Jarosław Kaczyński nie znosi. Na tym polu PiS pragnie być bezwzględnym monopolistą".

Według autora Duda może być samodzielnym graczem, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, Janusza Śniadka, który "orbitował tuż obok prezesa PiS". "[Duda] ma tę przewagę nad PiS, że nigdy nie pozwolił sobie na zbyt bliskie wizerunkowe powiązanie z tym ugrupowaniem, a zwłaszcza jego liderem, którego w polskiej polityce wyróżnia pokaźny negatywny elektorat".

Ale Warzecha wymienia też kilka słabych punktów Dudy. "Siłą „Solidarności” jest infrastruktura organizacyjna. Słabością jest jednak fakt, że mówimy o związku zawodowym. U wielu osób może to budzić wątpliwości i obawy. Związki zawodowe w ogóle nie są politycznie neutralne. Ze swojej natury w społecznej rozgrywce stoją bardziej po lewej stronie, przynajmniej pod względem gospodarczym (...) A trzeba pamiętać, że znaczna część rozczarowanych praktyką rządów PO dawnych zwolenników tej partii wychodzi raczej z pozycji liberalnych, a nie etatystycznych. Dla nich patronat „Solidarności” nad akcją sprzeciwu może ją automatycznie przekreślać".

Pełna zgoda. Wolałbym, aby Polska nie była jedynym krajem na świecie, w którym rolę "prawicowej, wolnorynkowej opozycji" odgrywa związek zawodowy.

***

W "Gazecie Wyborczej" Bartosz Wieliński analizuje sejmowe wystąpienie ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego.

"Przemówienie Sikorskiego nie było porywające - chwilami przypominało wykład z historii Polski i Europy. Ale było rzeczowe" - chwali publicysta "GW". "Sikorski nakreślił wizję wejścia Rosji do Unii. To odważna wizja, choć z pewnością nie tak przyszłość swojego kraju widzą obecne rosyjskie władze. Jednak o europejskiej przyszłości Rosji w Europie trzeba dyskutować. Szef polskiej dyplomacji, kreśląc tak dalekosiężne plany, udowadnia światu, że Polska wcale nie jest krajem rusofobów. Mimo poważnych problemów związanych ze śledztwem wokół katastrofy smoleńskiej chcemy z Rosją żyć jak z dobrym sąsiadem".

Wieliński wytyka też opozycji, że... śmie krytykować Sikorskiego. "Politycy PiS i Solidarnej Polski, którzy zarzucili Sikorskiemu megalomanię, robienie PR oraz uległość wobec Rosji i Niemiec, jednocześnie udowodnili, że nie mają alternatywnej wizji polityki zagranicznej. Chyba że miałaby ona polegać na okopaniu się w Europie na tej samej pozycji co Wielka Brytania oraz na zerwaniu stosunków z Berlinem i Moskwą. Trudno jednak takie propozycje brać na poważnie".

Równie trudno brać na poważnie komentatora, który powtarza banialuki o chęci zerwania przez PiS stosunków z Moskwą i Berlinem. jest jednak pewien postęp: Wieliński nie napisał, że po objęciu Kaczyński zbombarduje Kreml.

***

Na koniec coś z życia prawdziwych gwiazd. Fakt pisze o dotkliwej porażce Nataszy Urbańskiej, która zadebiutowała jako projektantka mody. "Gwiazdy uwielbiają pokazy mody i zazwyczaj tłumnie się na nich stawiają. Ale nie tym razem. Na premierze kolekcji Nataszy Urbańskiej (36 l.) nie było ani popularnych stylistek, ani celebrytów, którzy zasiadają zawsze w pierwszych rzędach pokazów. Jak dowiedział się Fakt, gospodyni była bardzo rozczarowana".

Oficjalnie Urbańska stara się odwrócić kota ogonem. Postanowiliśmy nie zapraszać celebrytów, bo adresatem naszej kolekcji są zwykli ludzie – stwierdziła w rozmowie z jednym z magazynów. "Fakt" wbija jej jednak szpilkę: "Trudno jednak w to uwierzyć, biorąc pod uwagę, jakie ceny mają ubrania firmowane przez gwiazdę. Przypomnijmy, że bluzka jej projektu kosztuje około 1500 zł, a za zwykły kapelusz trzeba zapłacić 450 zł".

Jeśli Urbańska będzie taką projektantką, jak aktorką, to nie wróżę jej wielkiego sukcesu. Wszak "Bitwa warszawska" też miała być dla "zwykłych ludzi"...

 0

Czytaj także