Dr Martyka: Zamordyzm i segregacja sanitarna nie mają nic wspólnego z nauką

Dr Martyka: Zamordyzm i segregacja sanitarna nie mają nic wspólnego z nauką

Dodano: 22
Dr Zbigniew Martyka, ordynator oddziału obserwacyjno-zakaźnego w szpitalu w Dąbrowie Tarnowskiej
Dr Zbigniew Martyka, ordynator oddziału obserwacyjno-zakaźnego w szpitalu w Dąbrowie Tarnowskiej / Źródło: YouTube / Elster TV
– Apel o ograniczenie dostępu do miejsc publicznych osobom nieszczepionym jest całkowicie bezzasadny z medycznego punktu widzenia. Na pewno nie służyłoby to ograniczeniu liczby zakażeń, bo nie mamy żadnych dowodów na to, że zaszczepieni nie transmitują dalej wirusa – mówi w rozmowie z portalem DoRzeczy.pl dr Zbigniew Martyka, ordynator oddziału obserwacyjno-zakaźnego w Dąbrowie Tarnowskiej.

Na swoim blogu napisał Pan, że niedawny wywiad ministra Niedzielskiego był przełomowy. Dlaczego?

dr Zbigniew Martyka: Pierwszy raz rządzący przyznali się do błędu. Pierwszy raz minister zdrowia przyznał to, co było wiadome od wielu miesięcy: że restrykcje są mało skutecznym sposobem ograniczenia wzrostu pandemii. Było to już doskonale widoczne podczas pierwszej blokady. W sierpniu ubiegłego roku, po analizie dostępnych już wówczas danych dotyczących liczby nowych zakażeń w połączeniu z datą wprowadzenia restrykcji oraz danymi na temat mobilności Polaków, apelowałem o zaprzestanie stosowania lockdownu jako metody całkowicie nieskutecznej. Doskonały przykład potwierdzający te słowa mieliśmy przy okazji tegorocznych Świąt Wielkanocnych. Wszyscy pamiętamy dramatyczne apele władz o zaniechanie odwiedzin bliskich i brak przemieszczania się. Miało to być jedynym sposobem powstrzymania wzrostu zachorowań. Apel ten został całkowicie zignorowany przez Polaków. W efekcie nie mieliśmy nawet śladowego wzrostu zakażeń, natomiast kontynuowany był trend spadkowy. Dokładnie tak, jak to powinno występować w przypadku sezonowej choroby.

Mieliśmy dane z wielu krajów oraz z wielu stanów USA. Wynikało z nich, że krzywa zachorowań jest praktycznie identyczna w miejscach, w których wprowadzono lockdown i w tych, gdzie ograniczenia były śladowe lub nie było ich wcale. Do naszych władz zupełnie nie docierały logiczne argumenty podparte dowodami. Decyzje cały czas były oparte na bezsensownym przykładzie idącym z zagranicy oraz na niepopartych żadnymi konkretnymi danymi wypowiedziach przedstawicieli Rady Medycznej przy Premierze. Ile warte są opinie tejże rady, widać choćby po jednej z ostatnich wypowiedzi jej przedstawicielki, która za brak działania szczepionki na koronawirusa i zakażenia wśród zaszczepionych obwiniła tych, którzy tego preparatu nie przyjęli.

Dlatego właśnie, biorąc pod uwagę dotychczasową narrację rządu i całkowite ignorowanie konkretnych dowodów naukowych ukazujących niedorzeczność przyjętej strategii walki z koronawirusem - wypowiedź ministra można uznać za przełomową.

Kilka dni później minister Niedzielski zapowiedział jednak zaostrzenie obostrzeń w związku z wariantem omikron koronawirusa. Z czego może wynikać ta nagła zmiana zdania?

Ciężko komentować zmianę opinii u ludzi, którzy tak naprawdę nie rozumieją tematu, na który się wypowiadają. To nie jest tylko domena ministra Niedzielskiego. Minister zachęca do ruchu i do uprawiania sportu, a jeszcze niedawno rząd zamknął siłownie, a nawet lasy. Poprzedni minister zdrowia twierdził, zresztą zgodnie z prawdą, że maseczki nic nie dają, co nie przeszkadzało mu nakazać ich noszenia wszystkim. Pamiętacie Państwo nakaz utrzymywania 1,5 metra odległości na chodniku nawet w przypadku małżeństw, które śpią w jednym łóżku? Te absurdy można mnożyć. Nie doszukujmy się logicznego wyjaśnienia w sytuacji, gdzie logika i zdrowy rozsądek są od dawna już nieobecne.

Jak ocenia Pan list Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, w którym autorzy apelują m.in. o ograniczenie dostępu do miejsc publicznych osobom niezaszczepionym?

Przede wszystkim należy odróżnić Zarząd Główny od Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych. Sam jestem członkiem tego towarzystwa, a absolutnie nie zgadzam się z postawionymi przez Zarząd tezami. Apel o ograniczenie dostępu do miejsc publicznych osobom nieszczepionym jest całkowicie bezzasadny z medycznego punktu widzenia. Nie wiadomo, czemu miałoby służyć takie ograniczenie. Na pewno nie ograniczeniu liczby zakażeń, bo do dzisiaj nie mamy żadnych dowodów na to, że zaszczepieni nie transmitują dalej wirusa. Wiemy na 100 proc., że mogą być oni nosicielami, natomiast nie mamy żadnych wiarygodnych danych uzasadniających tezę, że zaszczepiony mniej zaraża od osoby niezaszczepionej.

Przywołam tutaj choćby The Lancet z 20 października, gdzie czytamy, że istnieje coraz więcej dowodów na tezę przeciwną, mianowicie że zaszczepione osoby nadal odgrywają istotną rolę w transmisji. Autor podaje m.in. przykład Massachusetts (USA), gdzie wśród przypadków wykrytych podczas różnych wydarzeń w lipcu, 74% dotyczyło osób całkowicie lub częściowo zaszczepionych, z czego zdecydowana większość (79%) to były przypadki objawowe. Dzień wcześniej również The Lancet przyznał, iż oczekiwano, że wysokie wskaźniki szczepień COVID-19 zmniejszą przenoszenie SARS-CoV-2 w populacjach poprzez zmniejszenie liczby możliwych źródeł przenoszenia, jednak ostatnie dane wskazują, że rośnie znaczenie epidemiologiczne osób zaszczepionych p-COVID-19. Bardzo ciekawe są dane niemieckie, na które powołuje się autor publikacji. Otóż w tym kraju wskaźnik objawowych przypadków COVID-19 wśród w pełni zaszczepionych jest zgłaszany co tydzień od 21 lipca 2021 r. i wynosił wówczas 16,9% wśród pacjentów w wieku 60 lat i starszych. Odsetek ten rośnie z tygodnia na tydzień i wyniósł 58,9% w dniu 27 października 2021 r., co stanowi wyraźny dowód na rosnące znaczenie w pełni zaszczepionych jako możliwego źródła transmisji. Podobna sytuacja została opisana w Wielkiej Brytanii.

Dlatego byłoby dobrze, gdyby Zarząd Towarzystwa opierał się na medycynie opartej na faktach. A jak Państwo widzicie, podobne „zamordystyczne” apele o wprowadzenie segregacji - nie mają z nauką zupełnie nic wspólnego.

Wariant Omikron to realne zagrożenie, a może niepotrzebnie wywoływana panika?

Wywołanie paniki jest zawsze bezcelowe. Nawet gdyby zagrożenie było ogromne, ostatnie czego potrzebujemy, to panika. Natomiast w przypadku wariantu Omikron podejmowane działania są całkowicie nieuzasadnione. Przyjmijmy na chwilę, że obostrzenia działają; że ograniczenie wypełnienia dyskotek czy sklepów przyniesie jakikolwiek rezultat. No i przede wszystkim, co jest najbardziej wątpliwe, że ktokolwiek będzie się do tego stosował. Zakładając, że te wszystkie działania mają sens, ograniczylibyśmy występowanie wirusa, którego objawy, według aktualnie posiadanych informacji, to zmęczenie, ból ciała, bóle głowy, drapanie w gardle i lekkie przeziębienie. Idąc tym tokiem rozumowania musielibyśmy zamykać wszystko przynajmniej od końca października do początku maja, gdyż wirusy górnych dróg oddechowych powodujące przeziębienia zawsze będą z nami.

I jeszcze jedna, bardzo istotna sprawa. Szacuje się, że nowa wersja starego wirusa jest ponad 500 razy bardziej zakaźna od wersji pierwotnej. Niestety, media już nie informują, że im wirus jest bardziej zakaźny, tym jest on mniej zjadliwy. I na podstawie zaobserwowanych dotąd objawów, prawdopodobnie tak jest w tym przypadku.

Jak ocenia Pan statystyki dotyczące zachorowalności osób w pełni zaszczepionych? Co mówią one o skuteczności preparatów?

My tak naprawdę nie wiemy, jaki procent zakażonych stanowią w pełni zaszczepieni. Zakładając nawet pełną wiarygodność testów PCR, a są co do tego duże wątpliwości (np. szwedzka Agencja Zdrowia Publicznego przyznała, że technologia PCR nie jest w stanie odróżnić wirusów zdolnych do infekowania komórek od wirusów, które zostały zneutralizowane przez układ odpornościowy, dlatego testy te nie mogą służyć do określenia, czy osoba testowana transmituje wirusa, czy też nie), w naszym kraju, zgodnie z przepisami rozporządzenia Rady Ministrów w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii, nie ma konieczności testowania osób zaszczepionych przy udzielaniu im pomocy medycznej. W efekcie wielu lekarzy, nawet przy występowaniu typowych objawów Covid-19, odmawia skierowania zaszczepionego pacjenta na test. Oczywiście przeprowadzenie lub nie takiego testu nie ma żadnego znaczenia dla leczenia pacjenta, jednak w poważny sposób zaniża statystykę osób zaszczepionych, u których wystąpiło zakażenie.

Istnieją również podejrzenia, że w przypadku skierowania osoby zaszczepionej na badanie PCR, testy te wykonywane są inaczej niż dla osób niezaszczepionych. Przykładowo amerykański CDC przekazał wytyczne dla laboratoriów, aby w przypadku osób zaszczepionych liczba cykli przy badaniu PCR nie przekroczyła 28 CT. Podkreślam, że te wskazówki odnoszą się jedynie do badania osób po przyjęciu szczepionki. Celem takiego działania jest uniknięcie fałszywie pozytywnych wyników u osób zaszczepionych – co mogłoby podważyć zaufanie społeczne do szczepionek. Nikomu natomiast nie przeszkadzają fałszywie pozytywne testy u niezaszczepionych.

Państwa, które były stawiane za wzór pod względem poziomu zaszczepienia swoich obywateli (np. Izrael czy Gibraltar) zanotowały następnie gwałtowny wzrost zakażeń. Dlaczego?

Wytłumaczenie jest dosyć proste. Wiosną tego roku ostrzegałem, że wbrew propagandzie Covid-19 jest chorobą sezonową, wirus mutuje i szczepienia rozpoczęte po sezonie zachorowań prawdopodobnie nie dadzą rezultatu w nowym sezonie, czyli od października. Jak Państwo widzicie, dokładnie tak się stało. Zastanawiające jest natomiast, dlaczego w społeczeństwach wysoko wyszczepionych ostatnia fala zachorowań jest niejednokrotnie wyższa, niż te sprzed okresu szczepień. Pozwala to wysnuć przypuszczenie, że po okresie względnej odporności, dawanej przez szczepionkę, następuje pogorszenie odporności w porównaniu do osób nieszczepionych. To tylko hipoteza, ale zdecydowanie uważam, że powinna być bardzo dokładnie zbadana.

Mimo to, wprowadzane są tam kolejne obostrzenia sanitarne, a w Izraelu mówi się o czwartej dawce szczepionki. Czy te kraje wpadają w tzw. błędne koło?

Bardzo dobre określenie. Jednak nie jest to coś, czego się nie spodziewaliśmy. Co więcej, nawet decydenci doskonale o tym wiedzieli na długo przed tym, kiedy został ten fakt oficjalnie ogłoszony opinii publicznej. Na początku maja tego roku, kiedy jeszcze wmawiano nam, że jesteśmy na ostatniej prostej, wystarczy się tylko zaszczepić - już wtedy władze wiedziały, że będą szczepić społeczeństwo co kilka miesięcy. Właśnie na początku maja został zaakceptowany przez Komisję Europejską nowy kontrakt z firmami Pfizer i BioNTech, przewidujący dostawę 1,8 miliarda dawek na lata 2021-2023. To jest umowa z jednym tylko producentem. Przypomnę, że liczba mieszkańców Unii Europejskiej to niecałe 448 milionów. Podkreślam, ta umowa była negocjowana w czasie, kiedy nam wmawiano, że wystarczy się 2 razy zaszczepić. Już wtedy rządy doskonale sobie zdawały sprawę z tego, że to kłamstwo.

W mediach słyszymy często, że dzięki szczepionkom duża liczba zakażeń nie przekłada się na zgony osób chorych na Covid-19. Czy podziela Pan to zdanie?

Niestety nie mamy na to żadnych dowodów. Należałoby za to dokładnie zbadać takie przypadki jak Singapur, gdzie dziennie umierało 1-2 osoby lub nawet wcale, natomiast po zaszczepieniu 85% społeczeństwa w obecnej fali mamy 10-17 zgonów dziennie. Z drugiej strony mamy przykład Niemiec, gdzie po zaszczepieniu 70% społeczeństwa liczba zachorowań dwukrotnie przebiła liczby sprzed szczepień, natomiast liczba zgonów wyraźnie spadła. Na pewno nie można z całą pewnością powiedzieć, że dzięki szczepieniom duża liczba zakażeń nie przekłada się na zgony. Nie można też stwierdzić, że szczepienia przyczyniają się do zwiększenia liczby zgonów. To jest bardzo ważna rzecz, którą należy dogłębnie zbadać.

Rozmawiał: Paweł Zdziarski
Źródło: DoRzeczy.pl
 22
Czytaj także