POCZYTANKI | Wiele książek Johna Steinbecka podziwiam, ale tę jedną naprawdę lubię – śmieję się w głos podczas lektury, bo rzecz jest urocza i zawadiacka.
Jest także dużo mądrzejsza, niż zdawać by się mogło z pierwszego wrażenia, a przecież to niby tylko pełna anegdot relacja z włóczęgi.
Jest oto rok 1960, 58-letni pisarz stwierdza: „Odkryłem, że nie znam własnego kraju. Ja, pisarz amerykański piszący o Ameryce, pracowałem z pamięci, a pamięć jest w najlepszym razie niedoskonałą, spaczoną zbiornicą”. Aby odnaleźć duszę Ameryki, kupuje kamper (ochrzci go „Rosynantem”), ładuje doń skrzynie książek, garnków i napojów wyskokowych, po czym wyrusza w podróż, która liczyć będzie 10 tys. mil. Przemyślenia o samej naturze podróżowania, relacje z rozmów z napotkanymi ludźmi – to już jest proza najwyższej jakości i – jak wspomniałem – często bardzo zabawna.
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.