Zanim na horyzoncie pojawił się Donald Trump, za największego megalomana planety uchodził markiz de Púbol, bardziej znany jako Salvador Domingo Felipe Jacinto Dalí.
Towarzysze z awangardy za nim nie przepadali, dorabiając koledze gębę pazernego atencjusza. Czas łagodzi rany, współcześni twórcy o ekscentrycznych skłonnościach ochoczo naśladują Katalończyka i grzeją się w promieniach jego nieśmiertelnej sławy. Quentin Dupieux, silący się na oryginalność artysta multimedialny, długo walczył o uznanie. W końcu zrozumiał, że publika łacniej doceni film będący wykwitem absurdalnego poczucia humoru, jeśli pojawi się w nim osobnik z wytrzeszczem i charakterystycznym wąsem. I to niejeden.
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
