Bartosz Kopczyński, wiceprezes Instytutu Wiedzy Społecznej im. Krzysztofa Karonia, autor książek z cyklu „Poradnik świadomego narodu”.
Atak armii i floty USA na stolicę Wenezueli, wraz z porwaniem prezydenta Nicolasa Maduro i jego małżonki, został przyjęty w świecie Zachodu ze zdumieniem, a nawet osłupieniem. Bombardowanie Caracas bez żadnych wyraźnych powodów, zabicie ponad 40 ludzi, porwanie głowy państwa, aby postawić ją przed sądem w USA, zapowiedź okupacji Wenezueli i zawłaszczenia krajowych zasobów, a to wszystko z pogwałceniem prawa międzynarodowego i zasad dyplomacji. Szok ogarnął szczególnie tych, którzy przyzwyczaili się do liberalnej wizji stosunków międzyludzkich i międzynarodowych, zgodnych z tzw. wartościami lewicowo-liberalnymi, promowanymi przez rozmaite „autorytety”, media głównego nurtu oraz Unię Europejską, a do niedawna przez same władze USA. Wszyscy ci ludzie, dotąd tak pewni tego, w co wierzyli, znaleźli się w szoku, gdy ich świat zaczął się sypać.
Każdy, kto na poważnie interesuje się geopolityką i prawdą, jest zdziwiony nie tyle sytuacją, co raczej jej formą. Wiadomo było, że Trump planuje coś tam zrobić – zaskoczył jedynie skalą i bezceremonialnością działań. Jest kilka powodów, dla których wybrał akurat taką formę: sygnał dla wrogów, a przede wszystkim dla sojuszników, aby byli posłuszni; pokaz siły; wzmocnienie pozycji wewnątrz własnego kraju i własnej partii; i nade wszystko – zredefiniowanie stosunków międzynarodowych. Oto skończyła się bowiem era liberalna, w której można było być politycznym eunuchem, bo zawsze ktoś zapewniał ochronę praw i zasad, więc oficjalnie nikt nikomu nie mógł zrobić krzywdy, a powróciła twarda szkoła polityki realnej, gdzie główna licząca się zasada to siła. Cała ta liberalna otoczka była oczywiście fałszem – pod pozorem tzw. wartości liberalnych, jak demokracja, wolność czy prawa człowieka, uprawiano najbardziej paskudne interwencje w życie innych państw i narodów, narzucając swoją wolę, demolując porządek, obalając rządy, wywołując kolorowe rewolucje, eksploatując całe kraje, niszcząc gospodarki. Głównym aktorem tych działań były właśnie Stany Zjednoczone, i to one stworzyły świat, który teraz same obalają.
Nowa narodowa strategia obrony USA
Jednym z głównych wytworów tego sztucznego świata fałszywych, liberalnych wartości była Unia Europejska, dalekosiężna inwestycja Stanów Zjednoczonych, a raczej ukrytych sił rządzących tym państwem. W listopadzie 2025 r. powstała nowa „Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA”, która zszokowałaby zwolenników lewicowo-liberalnego świata, gdyby tylko chcieli poszerzać swoją wiedzę. Czytamy tam o powrocie do państw narodowych, zakończeniu globalnej migracji, kultywowaniu tożsamości narodowej i tradycyjnych wartości oraz wycofaniu się USA z roli globalnego hegemona, który gwarantuje przestrzeganie „wartości” na całym świecie. Nowa strategia zmienia relacje z Europą, na pierwszym miejscu stawiając klasyczne stosunki między państwami, przez co nie przypisuje Unii Europejskiej żadnej roli w kształtowaniu nowego porządku. Wskazuje się tam na „zdrowe państwa Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej” jako znaczący czynnik nowej polityki zagranicznej USA. Stany Zjednoczone odchodzą od polityki klimatycznej i wracają do paliw kopalnych, tanich surowców i energii, aby odbudować przemysł oraz odzyskać przewagę technologiczną i przemysłową, a także utrzymać dominację dolara.
Powraca też klasyczne myślenie geopolityczne. USA nie będą już pilnować całego świata, ale skupią się na półkuli zachodniej, wracając do Doktryny Monroe’a, tyle że rozszerzonej. Klasyczna doktryna zakładała, że obie Ameryki będą obszarem wpływów USA z wyłączeniem innych mocarstw, za to USA nie będą wtrącać się do Europy. Obecna doktryna rozszerza obszar wpływów USA na cały Atlantyk, wraz z lądami przyległymi. Oznacza to, że Atlantyk staje się amerykańskim jeziorem, a obie Ameryki, Europa i Afryka traktowane są jako obszar wyjęty spod wpływów innych mocarstw. Przejęcie Kanału Panamskiego, Wenezueli i Grenlandii jest oczywistością dla każdego, kto zapoznał się z nową strategią. Kanał Panamski to kluczowa droga morska, Wenezuela leży w pobliżu i ma dużo ropy, natomiast Grenlandia również posiada surowce, a poza tym pozwala kontrolować północną drogę morską. Dzięki temu szlakowi Chiny mogą wysyłać swoje towary do Europy i dalej – do Afryki i obu Ameryk, nie korzystając z drogi południowej, wiodącej przez Morze Czerwone i Kanał Sueski. Przejęcie Grenlandii umożliwi USA kontrolę tego szlaku i w razie potrzeby jego blokadę.
Sprawa chińska dla USA jest bardzo ważna, gdyż właśnie Indo-Pacyfik staje się regionem priorytetowym. To tam znajduje się główny obszar rywalizacji z Chinami, które są najważniejszym rywalem, choć nie wrogiem. USA chcą powstrzymywać ekspansję Chin na światowy ocean, utrzymując łańcuch baz wzdłuż chińskiego wybrzeża, co daje im możliwość zablokowania kontaktu Chin ze światem od południa. Kontrola szlaku północnego pozwoliłaby Amerykanom kontrolować chiński transport, jak również rosyjską ekspansję w kierunku zasobów Arktyki. Rosja w nowej strategii nie jest wskazywana ani jako wróg, ani nawet jako rywal. Podkreśla się tam potrzebę zapewnienia stabilności strategicznej w relacjach z Rosją i w tym kontekście autorzy strategii krytykują Europę za utrzymywanie wojny ukraińskiej.
Kolejnym szokującym zapisem jest zobowiązanie państw Europy do samodzielnego dbania o swoje bezpieczeństwo, bez obciążania tym USA, które chcą ograniczyć swoje zaangażowanie militarne w tym regionie. Gdyby wiedzieli o tym ludzie żyjący w obydwu polskich bańkach – lewicowo-liberalnej i PiS-owskiej – to byliby w szoku znacznie głębszym niż ten po napaści USA na Wenezuelę. Musieliby bowiem zrozumieć, że główny sojusznik Polski, który dotąd zapewniał bezpieczeństwo strategiczne, zamierza zredukować swoje zaangażowanie i zwolnić się z dotychczasowych zobowiązań, zalecając dogadanie się z Rosją. Zwolennicy Tuska i Kaczyńskiego jednak o tym nie wiedzą, wpatrzeni i wsłuchani w propagandę swoich ulubionych telewizji.
Premier Tusk stawia na Grupę E3, czyli Wielką Brytanię, Francję i Niemcy, wiernie realizując ich pomysły polegające na przedłużaniu wojny ukraińskiej za pomocą tzw. Koalicji Chętnych, do której premier Tusk zapisał Polskę. Kraje te chcą wysłać swoje armie na Ukrainę i bardzo chętnie widziałyby tam Wojsko Polskie. Poza tym rządcy Europy zamierzają jeszcze bardziej drenować Stary Kontynent, aby zasilać państwo ukraińskie do prowadzenia wojny z Rosją. Głównym aktorom UE jest to potrzebne, aby utrzymać posłuch narodów Europy i dzięki temu budować państwo europejskie, czyli komunistyczne więzienie narodów na wzór Altiero Spinellego. Obóz lewicowo-liberalny krytykuje więc Trumpa, ale nie za łamanie prawa międzynarodowego, lecz za powrót do państw narodowych, co docelowo zniweczy Unię Europejską.
Zwolennicy Kaczyńskiego tradycyjnie kochają USA i uwielbiają ich prezydenta, szczególnie gdy określa się jako prawicowy, za co wychwalają go prawackie media głównego nurtu. Nie grzeszą oni zbytnią znajomością geopolityki i tego, co naprawdę dzieje się na świecie, podobnie zresztą jak ich politycy i propagandyści. PiS-osfera gładko przełknęła jawne gwałcenie prawa i zasad przez USA, usprawiedliwiając całą sytuację tym, że dzięki temu Rosja będzie miała gorzej. Gdyby przeczytali nową strategię obrony USA, to mina by im zrzedła, dowiedzieliby się bowiem, że niedługo wielki brat z Ameryki będzie sobie życzył, aby prawica w Polsce dogadała się z Rosją i realizowała politykę Stanów Zjednoczonych w tym regionie. Jednakże ani ci ze strony lewackiej, ani ci ze strony prawackiej kompletnie nie wiedzą, co się dzieje, i nie rozumieją gwałtownych zwrotów polityki głównego sojusznika Polski.
Koniec ery eunuchów
Nie ma w tym niczego dziwnego. Obie opcje polityczne w Polsce zostały ukształtowane dla potrzeb Unii Europejskiej, która jest projektem sił rządzących USA. Był to projekt globalny, zakładający budowę jednego państwa światowego, które pochłonie wszystkie inne państwa świata, również USA. Centrum sterowania miała być ONZ wraz ze swoimi agendami. Poniżej miał być kontynentalny szczebel zarządzania – i Unia Europejska była właśnie prototypem czegoś takiego. Główne decyzje strategiczne miały zapadać na szczeblu globalnym w ONZ, a szczebel kontynentalny, czyli UE, miał zajmować się wdrażaniem tego na szczeblu niższym, czyli krajowym. Państwa członkowskie, zredukowane do roli landów, pozbawione jakiejkolwiek suwerenności, miały wprowadzać na swoim terenie przepisy unijne, tworzone według globalnych wytycznych. Parlamenty i rządy krajowe, formalnie suwerenne, miały tylko realizować instrukcje przychodzące z unijnej centrali. W tym celu w całej Unii wprowadzono jednolity wzorzec polityka i polityczki: uśmiechniętych, jowialnych, porządnie wyprasowanych i idealnie sformatowanych, wszystko po to, aby nigdy nie myśleli samodzielnie, lecz zawsze z przekonaniem robili to, co przychodzi z centrali, udając, że działają w interesie swoich społeczeństw. Ludzie udający polityków musieli posiadać kompetencje do wykonywania instrukcji, a także właściwości eunuchów, strażników haremowych, całkowicie zależnych od swoich panów.
I ten świat odchodzi w niechlubną przeszłość, co wyraźnie pokazał Trump, włażąc z butami do cudzej stolicy i cudzej siedziby, aby wykraść głowę państwa. Można teraz opowiadać sobie anegdotę: „Czym się różni Putin do Trumpa? Putin nie porwał prezydenta, ale poza tym się nie różnią”. Nagle cała narracja obydwu sił politycznych III RP rozpada się w proch. Lewacy tracą świętość Unii Europejskiej, prawacy legendę dobrego Wujka Joe, a jedni i drudzy uzasadnienie swojej bytności, że całe zło tego świata to Rosja i Putin. Jak teraz można bowiem krytykować Putina, skoro Trump robi to samo? Największy szok jednak dopiero przed nimi. Oto Amerykanie napisali to w swojej strategii, a Trump potwierdził w Wenezueli, że skończył się czas eunuchów, bo teraz nadchodzi pora na twardych przywódców z charakterem, którzy wiedzą, czego chcą, co mogą i czego się od nich oczekuje. Dotąd bowiem polityka USA i UE szły ręka w rękę i nie zmieniały się, realizując strategie rozpisane na dziesiątki lat. Do ich wykonywania potrzebni byli eunuchowie, którzy jednocześnie będą wierni, niemyślący i oderwani od własnych narodów. Teraz zaś polityki tych dwóch bytów stały się sprzeczne, a wymogi USA zaczęły się zmieniać jak w kalejdoskopie. Wynika to ze zmienności sytuacji geopolitycznej, a to wymaga niepospolitej wiedzy, inteligencji, zdolności przewidywania i związku z własnym narodem.
To przynosi wielkie konsekwencje dla polskiej polityki. Zmienność i ścieranie się interesów wielkich potęg, na których styku leży Polska, przynoszą wielkie ryzyko potraktowania Polski jako pola bitwy. Jednocześnie dają też wielkie możliwości, Polska może bowiem być pośrednikiem zarabiający krocie na tranzycie na linii Wschód-Zachód. Możemy też balansować między obiema potęgami, uzyskując korzyści od obydwu, tak jak w średniowieczu balansowaliśmy między papieżem i cesarzem. Możemy też zapewnić globalną równowagę strategiczną między atlantyckim Zachodem i azjatyckim Wschodem – i do tego powinniśmy dążyć jako do celu strategicznego, nawet jeśli dziś nie jest on jeszcze możliwy do osiągnięcia. Możemy przedstawić obu potęgom naszą własną ofertę zapewnienia im Osi Pokoju, łączących Wschód z Zachodem i Północ z Południem. Nie jest bowiem tak, jak nam wmawiają propagandyści, że musi być ciągle wrogość na tej linii. Gdy zakończy się wreszcie wojna ukraińska, to Wschód z Zachodem powrócą do współpracy i nie będzie żadnej wrogości, powinniśmy więc już teraz zacząć przygotowywać grunt pod przyszłe porozumienia handlowe Polski. Możemy pięknie wykorzystać nadchodzące możliwości nowego, nieokreślonego porządku świata, aby określić samych siebie i stopniowo wydobyć się z zależności do niepodległości.
Na razie jednak mamy polityków, ukształtowanych przez szkołę eunuchów Unii Europejskiej, i propagandystów udających dziennikarzy czy fachowców. Pokazują oni nie tylko brak woli niepodległości, której nie rozumieją i nie potrzebują, woląc klatkę, w której oni dostają nieco lepsze kąski. Pokazują również brak elementarnej wiedzy, brak podstawowej inteligencji i brak fundamentalnych, męskich odruchów, które każą wziąć odpowiedzialność za własne otoczenie. Eunuch unijny prędzej ucieknie, jęcząc przy tym, niż zrobi coś męskiego. Jest tylko jedna siła polityczna, w której jest obecna zarówno męska wola odpowiedzialnej sprawczości, jak i poziom kompetencji intelektualnych, aby zrozumieć i przewidzieć zmieniającą się rzeczywistość. Takiej siły potrzebują Polacy, aby przetrwać, i takich sił zarządzających państwami będą szukać mocarstwa do współpracy. Polacy zrobią najlepszy interes, gdy wreszcie przestaną liczyć na eunuchów, którzy tylko pokrzykują, gdy czują za plecami silnego, a uciekają z płaczem, gdy trzeba wziąć odpowiedzialność. Ich era się kończy, powraca zaś era mądrych, silnych przywódców – i z takimi tylko będą chcieli dogadywać się światowi mocarze.
Wenezuelska nauczka
Lekcja z Wenezueli daje nam wiele wskazówek co do dalszej polityki polskiej. Pytanie zasadnicze, czy USA mogą porwać niewygodnego przywódcę Polski, który będzie próbował prowadzić niezależną politykę. Odpowiedź na to jest negatywna. Inna jest sytuacja Wenezueli, która znajduje się w samym środku nowego, panamerykańskiego imperium, budowanego naprędce przez Trumpa. Za daleko ma do sojuszników, którzy nie będą ryzykować otwartego konfliktu z dala od własnego terytorium. Polska zaś jest na wysuniętej flance strefy wpływów USA i ma pod bokiem Rosję. Trump nie zaryzykowałby takiego numeru w Polsce, bo zbyt blisko jest Putin. Od przywódców Polski wymagać się będzie więc czegoś więcej niż od nowych słupów w Wenezueli: nie tyle posłuszeństwa, ile sprawności i bliskości interesów. To dlatego teraz przed nami tak wielkie możliwości, pod warunkiem że nasi przywódcy będą się szybko orientować i reprezentować interesy swojego narodu, potrafiąc tak samo dogadać się ze Wschodem jak z Zachodem.
Nie mają takich cech unijni eunuchowie, wytresowani tylko do potakiwania. Jeśli w Polsce nadal będą tacy urzędować, to władcy Panameryki nie będą musieli ich usuwać, tylko oddadzą Polskę pod protektorat Niemiec. Albo więc w Polsce zmieni się jakość zarządzania i do władzy dojdą inni ludzie, obecnie pomijani, albo nasz kraj znajdzie się pod kolejnym zaborem. A o tym zdecydować mogą sami Polacy; władcy Ameryki nie odważą się podważyć tego wyboru, bo nie będą ryzykować, że na skutek wewnętrznych niepokojów w Polsce wkroczy tu Rosja z Chinami. W nowej sytuacji politycznej, jaką tworzą Trump i sama rzeczywistość, pojawia się przestrzeń działania dla ludzi odważnych, którzy wiedzą, czego chcą. Tych cech nie posiada obecna „elitka infantylno-agenturalna” (określenie prof. Adama Wielomskiego), więc najwyższy czas ją zastąpić kimś innym. Na szczęście Polacy mają dziś wybór – teraz trzeba, aby zdobyli się na odwagę.
Więcej podobnych treści Szanowni Czytelnicy znajdą w książkach z serii „Poradnik świadomego narodu”, czyli podstawowych pozycjach wiedzy patriotycznej.
Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.
Zapraszamy do wypróbowania w promocji.
