Pekin nie będzie ginąć za Teheran
  • Maria KądzielskaAutor:Maria Kądzielska

Pekin nie będzie ginąć za Teheran

Dodano: 
Flagi Iranu i Chin
Flagi Iranu i Chin Źródło: PAP/EPA
TERAZ AZJA Po amerykańsko-izraelskim uderzeniu na Iran i po śmierci Alego Chameneiego widać wyraźniej niż kiedykolwiek, czym naprawdę są chińskie wpływy w Teheranie. Nie są sojuszem w starym, wojskowym sensie.

To raczej mieszanka taniej ropy, sankcyjnej logistyki, dyplomatycznej osłony i coraz śmielszej współpracy wojskowej. Wpływ jest realny, ale nie taki, za który Chiny chciałyby umierać.

Pierwsza reakcja Pekinu po ataku była znacząca właśnie przez swoją ostrożność. Wang Yi nazwał uderzenia USA i Izraela "nie do zaakceptowania", mówił o "jawnym morderstwie przywódcy suwerennego państwa" i zażądał natychmiastowego zawieszenia broni oraz powrotu do rozmów. Równocześnie chińskie MSZ i ambasady zaczęły wzywać swoich obywateli do opuszczenia Iranu i Izraela. To nie jest język mocarstwa gotowego wchodzić do wojny po stronie partnera. To język państwa, które chce ugasić pożar, zanim ogień dojdzie do tankowców, rafinerii i szlaków handlowych.

Iran jest dla Chin ważny nie dlatego, że w Pekinie ktoś szczególnie kocha Republikę Islamską, lecz dlatego, że Iran jest użyteczny. Chiny kupowały w 2025 r. ponad 80 proc. transportowanej drogą morską irańskiej ropy. To średnio 1,38 mln baryłek dziennie, czyli około 13,4 proc. wszystkich ich morskich zakupów surowca. Według danych przywoływanych przez Reuters aż 65 proc. ropy i kondensatu przechodzących przez cieśninę Ormuz trafia ostatecznie do Chin. Mówiąc brutalnie: część finansowego tlenu Teheranu płynie dziś przez chińskie rafinerie, a każda eksplozja w Zatoce Perskiej może błyskawicznie uderzyć w ceny energii, marże chińskich "teapotów", a tym samym nastroje w Pekinie.

Jednak opowieść o "przejęciu" Iranu przez Chiny jest przesadzona. Owszem, oba państwa podpisały w 2021 r. 25-letni układ o współpracy, jednak zachodni komentatorzy przypominają, że jego wdrażanie było słabe, a realne chińskie inwestycje w Iranie pozostają znacznie skromniejsze niż w Arabii Saudyjskiej czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Do końca 2023 r. bezpośrednie chińskie inwestycje w Iranie wyniosły 3,9 mld dolarów, a wiele dużych państwowych firm z Chin trzymało się z dala od irańskich projektów ze strachu przed sankcjami USA. Wielkie spółki nie chcą ryzykować; robią to raczej mniejsi gracze, anonimowi pośrednicy i niezależne rafinerie z Shandongu, które kupują tani surowiec często pod etykietami malezyjskimi czy indonezyjskimi. Chińskie wpływy są więc mniej imperialne, niż lubi sugerować propaganda. Pekin nie tyle "buduje Iran", ile raczej podtrzymuje go przy życiu jako klient ostatniej szansy i kanał omijania sankcyjnych presji z Zachodu.

Silniejsze chińskie wpływy obserwujemy w wojskowości. Reuters ujawnił kilka dni przed atakiem USA, że Iran jest blisko domknięcia zakupu chińskich naddźwiękowych pocisków przeciwokrętowych CM-302, które mogłyby poważnie zwiększyć zagrożenie dla amerykańskich sił morskich w regionie. Według tej samej relacji Teheran rozmawia też z Chinami o systemach obrony powietrznej, broni antybalistycznej i antysatelitarnej. Do tego dochodzą wspólne ćwiczenia morskie Chin, Iranu i Rosji oraz wcześniejsze amerykańskie sankcje wobec chińskich podmiotów oskarżanych o dostarczanie prekursorów chemicznych do irańskiego programu rakietowego. To już nie jest zwykły handel. To selektywne dozbrajanie państwa, które ma pozostać trudne do złamania.

Jednocześnie chińskie wpływy mają twardy warunek: Iran nie może szkodzić chińskim interesom bardziej, niż służy ich geopolityce. Gdy wspierani przez Teheran Huti zaczęli atakować statki na Morzu Czerwonym, już w styczniu 2024 r. Pekin naciskał na Irańczyków, by pomogli te ataki ograniczyć, bo zaczynały uderzać w handel i koszty transportu ważne dla Chin. To istotna lekcja. Pekin chętnie korzysta z antyamerykańskiej pozycji Teheranu, ale nie chce niekontrolowanego chaosu na szlakach morskich. Chiny lubią presję na Zachód, lecz nie lubią, gdy rachunek za tę presję trafia do chińskich portów i magazynów.

Wydarzenia z 28 lutego i 1 marca pokazują tę sprzeczność w najostrzejszej formie. Z jednej strony Chiny potępiły atak i odwołały się do języka suwerenności. Z drugiej, ich realnym koszmarem nie jest sam amerykański nalot, lecz to, co może przyjść po nim: kryzys sukcesyjny po śmierci Chameneiego, zamknięcie cieśniny Ormuz albo pojawienie się w Teheranie władzy mniej wrogiej Zachodowi, a więc mniej zależnej od Pekinu. Amerykańscy urzędnicy nie wierzą dziś w szybki upadek irańskiego systemu; bardziej prawdopodobne jest jego stwardnienie pod kontrolą twardogłowych struktur. Dla Chin to w gruncie rzeczy wariant wygodniejszy niż nieprzewidywalna próżnia. Iran ma być wystarczająco stabilny, by sprzedawać ropę, i wystarczająco skonfliktowany z USA, by nadal potrzebował Chin.

Dlatego po ostatnim amerykańskim uderzeniu warto naraz odrzucić dwa mity. Pierwszy: że Iran jest dla Chin tylko odległym partnerem handlowym. Nie jest. To ważny węzeł energetyczny, logistyczny i polityczny. Drugi: że Pekin będzie bronił Teheranu jak traktatowego sojusznika. Takiej reakcji nie widać. Widać raczej chłodną, bardzo chińską kalkulację: utrzymać Teheran przy życiu, osłonić go dyplomatycznie, kupować przecenioną ropę, wzmacniać jego zdolność odstraszania, ale nie wchodzić w wojnę z USA. Pekin zatem nie kontroluje Iranu. Pekin opłaca jego trwanie, dopóki to trwanie służy chińskim interesom.

Czytaj też:
Chińskie hity ekranu: Co oglądają widzowie w Państwie Środka?
Czytaj też:
Chiny rzuciły wyzwanie zachodniej dominacji nie czołgami, lecz inicjatywą dyplomatyczną

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także