Miałem okazję tego doświadczyć w listopadzie 2015 r., gdy odwiedziłem Kobane, kurdyjskie miasto znajdujące się na północno-wschodnich krańcach syryjskiej prowincji Aleppo, na granicy z Turcją (a precyzyjniej – tureckim Kurdystanem). Spałem wówczas w jedynym działającym hotelu w mieście, w którym jednak nie działało ogrzewanie. Musiałem nałożyć na siebie zimową kurtkę i kilka koców, by przetrwać noc. Ale moje warunki były i tak komfortowe w porównaniu z tymi, w których spali mieszkańcy. Rano, spacerując po Kobane, mogłem zobaczyć, jak w ruinach domów przy rozpalonych ogniskach grzeją się gromady dzieci. Były uśmiechnięte, bo cieszyły się, że wróciły do domu, nawet jeśli były to gruzy. Bo Kobane wyglądało wówczas jak Warszawa w 1945 r. Było w 90 proc. zniszczone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
