Trudno wobec tego precedensu przejść obojętnie. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat oficjalny list Episkopatu do wiernych nie został przeczytany w sporej części polskich kościołów. Do tego „cichego plebiscytu” mogło dojść wskutek znaczącej okoliczności. List KEP z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w synagodze rzymskiej opatrzony był klauzulą „do wykorzystania”. Oznaczało to, że poszczególni proboszczowie mogą zarządzić odczytanie dokumentu lub z tego zrezygnować. Jak mogło dojść do sytuacji, która doprowadziła do czegoś w rodzaju cichego protestu wobec dokumentu, który budził spore kontrowersje? Jak dotąd tylko jeden list Episkopatu do biskupów niemieckich z 1965 r. wzbudził podobne poruszenie.
Teraz jednak kontrowersja nałożyła się na znaczne osłabienie znaczenia głosu Kościoła katolickiego w polskiej debacie publicznej i dodatkowo na szybko postępującą laicyzację w naszym kraju. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji biskupi powinni działać z wyjątkową ostrożnością i roztropnością duszpasterską.
Kwestia akcentów, które wzbudziły cichy sprzeciw, była już szeroko omawiana na forach, choć, co charakterystyczne, część mediów katolickich bardzo oględnie wspomniała o różnicach zdań na temat listu.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
