Podczas seminarium dotyczącego kontroli dyskursu publicznego w Unii Europejskiej dr Norman Lewis, brytyjski analityk technologii, konsultant i publicysta, a także jeden z szefów Obserwatorium Ingerencji Wyborczych w think tanku MCC w Brukseli, zwrócił uwagę, że tamtejszy establishment stworzył system, który chroni globalistyczne elity i kontroluje dyskurs w Europie szeregiem narzędzi cenzorskich. Jego zdaniem sieć ta działa jako "sędzia, ława przysięgłych i kat jednocześnie".
Skoordynowany system regulacji i kontroli dyskursu w Unii Europejskiej
Lewis pisze, że unijny system nie opiera się na pojedynczej instytucji, lecz na coraz bardziej złożonej sieci. Instytucje unijne, platformy technologiczne, finansowane z podatków organizacje pozarządowe oraz organizacje "weryfikujące" "fakty" działają w sposób skoordynowany, aby wyznaczać, co stanowi wiarygodną informację, a co powinno zostać wyeliminowane z debaty. Naukowiec zauważa, że żaden z tych podmiotów nie został bezpośrednio wybrany przez obywateli, a jednak wszystkie odgrywają decydującą rolę w dyskursie publicznym i w definiowaniu tego, co jest politycznie akceptowalne, a czego głosić nie wolno.
DSA – podstawowe narzędzie cenzury. Mowa jako produkt podlegający warunkom, nadzorowi i sankcjom
O zagadnieniach tych czytamy w tekście Rebeki Crespo w ekonomicznym dzienniku "La Gaceta" zatytułowanym: "Bruksela, wielkie firmy technologiczne i dotowane organizacje pozarządowe: tak działa system, który chroni elity globalistów i kontroluje dyskurs w Europie".
Podstawowym narzędziem do cenzurowania poglądów i faktów, które nie podobają się elitom w Brukseli jest Akt o Usługach Cyfrowych (DSA), o którym wielokrotnie pisaliśmy na "Do Rzeczy".
Punkt wyjścia dla tej architektury stanowi aparatura technologiczna. Akt normatywny w tym zakresie nazywa się niepozornie Ustawą o Usługach Cyfrowych. Jednak, zdaniem Lewisa, już sam język ukazuje zmianę paradygmatu. Nacisk kładziony jest nie na wolność wypowiedzi, ale na "usługi" – termin, który na nowo definiuje znaczenie dyskursu publicznego.
"Traktują mowę jako usługę, jako towar" – wskazuje. Ta transformacja nie ma oczywiście charakteru wyłącznie ani przede wszystkim semantycznego. Oznacza ona, że dyskurs przestaje być rozumiany jako fundamentalne prawo polityczne i obywatelskie, a zaczyna być zarządzany jak produkt, podlegający warunkom, nadzorowi i sankcjom.
Piętnowanie niewłaściwych treści jako "dezinformacji" lub "mowy nienawiści"
Analityk wskazuje, że w unijnym systemie kontroli dyskursu duże platformy technologiczne zostały postawione de facto w roli egzekutorów prawa w tym zakresie. Nie działają neutralnie ani z własnej inicjatywy, lecz pod ciągłą presją regulacyjną. Jeśli nie usuną treści oznaczonych jako "problematyczne", czyli takich, których nie chce Komisja Europejska, grożą im grzywny sięgające nawet 6 proc. ich globalnych przychodów. W wielu przypadkach przewyższa ich przychody generowane tylko na rynku europejskim.
Na pierwszym poziomie znajduje się sieć "zaufanych sygnalistów", czyli powiązanych z Brukselą organizacji, które zgłaszają niewłaściwe treści jako "dezinformację" lub "mowę nienawiści", a unijne regulacje wymuszają ich natychmiastowe usunięcie. Ich interwencja automatycznie aktywuje mechanizmy platform, które muszą zareagować pod groźbą sankcji.
Socjalizacja dzieci według brukselskiej narracji
Konsekwencją jest model, w którym cenzura nie jest przedstawiana jako cenzura, lecz jako przestrzeganie przepisów. "Przedstawiają ją jako ochronę wolności słowa, ale w rzeczywistości jest to cenzura delegowana wielkim firmom technologicznym" – ostrzega Lewis.
W dalszej części artykułu zostało opisane, jak wspomniany skoordynowany system kształtuje unijnych obywateli od podstaw. "Nie uczą o znaczeniu wolności słowa, lecz o brukselskiej narracji" – argumentuje, definiując ten proces jako formę "indoktrynacji".
W tym tkwi jeden z kluczy do jego diagnozy. Kontrola nie zaczyna się przy urnach wyborczych ani w mediach. Zaczyna się od socjalizacji. "To socjalizacja europejskich dzieci do myślenia w określony sposób" – wyjaśnia, ostrzegając przed procesem, który ma na celu kształtowanie myślenia od najmłodszych lat.
Warunkowane pole kontrolowanego dyskursu i narracja o zewnętrznej ingerencji
Zdaniem doktora Lewisa, w sercu całego tego systemu leży koncepcja władzy zakorzeniona w głębokiej nieufności do obywateli. "Nie możemy ufać zwykłym ludziom" – podsumowuje, opisując logikę instytucjonalną, która uznaje za konieczne kierowanie, nadzorowanie, a ostatecznie ograniczanie zdolności decyzyjnych społeczeństwa.
Naukowiec zwraca uwagę, że im bardziej narracje unijnych elit rozjeżdżają się z rzeczywistością, tym silniejszej potrzebują one cenzury, tym więcej wysiłków muszą włożyć w uciszenie krytyki swojej polityki. Z tego też powodu pojawia się narracyjna konstrukcja o rzekomej ingerencji zagranicznej w sprawy Unii.
"Punkt ciężkości debaty przesuwa się z rzeczywistych problemów na rzekomą ingerencję zewnętrzną. Jednocześnie pewne stanowiska zostają zdyskredytowane, a ich legitymacja ograniczona jeszcze przed jakąkolwiek konfrontacją polityczną" – pisze Crespo, omawiając wykład Lewisa.
"W ten sposób kontrola nad dyskursem staje się kontrolą nad polem politycznym. Definiuje, które idee mieszczą się w akceptowalnych ramach, a które nie. Teren jest warunkowany, zanim obywatele zdążą podjąć decyzję" – dodaje.
Naukowiec konstatuje, że unijne elity walczą takimi metodami o własne przetrwanie, ponieważ w formule prawdziwej demokracji ciężko byłoby im zachować obecną pozycję.
Czytaj też:
Unijna cenzura i ingerencja w wybory. Warzecha omawia raport USA
