O czymś rozmawiali, coś ustalili. Jak wyglądały te rozmowy, do czego dążą obie strony, czy zapadł tam dil o podziale świata, czy, jak spekulowano, USA zgodziły się oddać Chinom Tajwan w zamian za koncesje w innych miejscach świata? A może wszystko było tylko dyplomatycznym teatrzykiem, z którego niewiele wynika? Jedno uderzało – Chińczycy wiedzieli, jak olśnić prezydenta USA. Zresztą zważywszy, że jest to akurat prezydent, który upodobnił Owalny Gabinet do willi cygańskiego króla, nie wymagało to wielkiej wyobraźni.
Żadnych oficjalnych, wiążących ustaleń nie ogłoszono, a więc zapewne też nie podpisano. Donald Trump, jak to ma we zwyczaju, ogłosił szereg sukcesów: Chiny mają kupić 200 amerykańskich boeingów i takie tam. Nic tak naprawdę wielkiego i znaczącego. Xi Jinping, jak to z kolei ma we zwyczaju on, nie powiedział praktycznie nic. W połączeniu z faktem, że Trump retorycznie dopieszczał gospodarza jak mógł, zachwycał się urządzonym mu przyjęciem i Chinami jako takimi, nazywał Xi największym i najlepszym z możliwych przywódców, budzi to pewien niepokój. Znamy taką asymetrię informacyjną z kontaktów polskich rządów, zarówno z czasów PiS, jak i obecnie, z naczalstwem Unii Europejskiej. Po spotkaniu wychodził Duda, Morawiecki czy Tusk i mówił, że Polska dostanie to albo tamto, a von der Layen czy inny Timmermans nie mówili nic – po czym, tydzień czy dwa później okazywało się, że nic podobnego, Polska zanim cokolwiek dostanie ma spełnić kolejne „kamienie milowe” i inne żądania.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

