Na czele Parlamentu Europejskiego stanął wyważony, nieco wyniosły, unikający kamer i rozgłosu, skuteczny pragmatyk. Spokojny self-made man centroprawicy, kompromisu, zakulisowych porozumień i zdrowego rozsądku.
Tajani na pewno nie będzie charyzmatycznym przewodniczącym z wielkimi politycznymi ambicjami. Charyzmy nie ma, bo nie jest mu do niczego potrzebna, a ambicje starannie ukrywa. Po wyborze zapowiedział, że będzie skromnym rzecznikiem i gwarantem decyzji przyjętych przez europosłów. Za priorytety w pracach PE uznał walkę z terroryzmem, politykę imigracyjną, wzrost gospodarczy i zmiany klimatyczne. Włoscy komentatorzy twierdzą, że można mu wierzyć. Tym bardziej że trudno wyobrazić sobie, by „spokojny Tajani z pianą na ustach rzucał się w wir politycznych i ideowych sporów jak jego poprzednik” (dziennik „Libero”). Jedni twierdzą, że teraz PE będzie pracował spokojniej, ale inni się obawiają, że nie, bo jeszcze bardziej w piórka obrósł krzykliwy szef liberałów – Guy Verhofstadt. To właśnie dzięki wsparciu kierowanej przez Belga frakcji Tajani wygrał wybory i będzie musiał mu za to zapłacić przynajmniej stanowiskiem wiceprzewodniczącego PE. Na razie, w ramach umiłowania skromności, Tajani zapowiedział znaczne uszczuplenie liczby członków swojego gabinetu, a także, by uniknąć zarzutów o męski szowinizm – wprowadzenie pośród swych współpracowników parytetu płci.
POLITYK NIEZNANY
Tajani wdrapał się na imponujący szczyt swojej politycznej kariery dość późno, bo dopiero w wieku 63 lat. Jednak to i tak nieźle, jak na człowieka, który od 2011 r., czyli od upadku ostatniego rządu Berlusconiego, buduje swoją pozycję w unijnej centrali sam, praktycznie pozbawiony mocnego politycznego wsparcia w kraju, co w Brukseli skazało go na żmudne tworzenie quasi-prywatnej sieci sojuszników, popleczników, zależności i układów. Jak na człowieka, który do Brukseli trafił przypadkiem, trudno nie mówić o ogromnym osobistym sukcesie. Był rok 1994. Italia zmagała się z polityczno-moralną traumą. W efekcie głośnego skandalu – gdy wyszło na jaw, że wszystkie włoskie partie polityczne (poza postfaszystami) od lat żyły z łapówek przedsiębiorców w zamian za zlecenia publiczne – runęła przepotężna chadecja i rozsypała się w pył partia socjalistyczna. Wywodzący się z niej premier Bettino Craxi, by uniknąć więzienia, zbiegł do Tunezji. Zbliżały się wybory. Powinni je w cuglach wygrać ortodoksyjny komunista Achille Occhetto i jego towarzysze, którzy po utracie sponsorów w Moskwie, podobnie jak nieco wcześniej ich polscy koledzy, grzecznie przepoczwarzyli się w socjaldemokratów. Jednak w styczniu 1994 r. medialny krezus Silvio Berlusconi – właściciel trzech stacji telewizyjnych, wydawnictw i klubu futbolowego AC Milan – stworzył liberalną, plastikową, antykomunistyczną partię polityczną Forza Italia (od zawołania włoskich kibiców), która 10 tygodni później niespodziewanie wygrała wybory. Jednym z jej pięciu założycieli był właśnie Antonio Tajani. Wówczas miał 41 lat i błyskotliwą karierę dziennikarską za sobą, więc naturalną koleją rzeczy został rzecznikiem Berlusconiego. Nie odstępował szefa na krok. Nazwanogo „cieniem Berlusconiego”.
Piotr Kowalczuk z Rzymu
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
