W piątym roku wojny nie ma już właściwie miejsca na terenie Federacji Rosyjskiej, które nie byłoby narażone na ataki ukraińskich dronów. Od 2024 r. jednostki startujące znad Dniepru są w stanie przebyć nawet do 2 tys. km, zanim uderzą w precyzyjnie wskazany cel.
Początkowo Ukraińcy skupiali się w swoich atakach na celach wojskowych, infrastrukturze energetycznej czy też rafinerach, lecz ostatnio coraz częściej uderzają w obiekty cywilne, których funkcjonowanie przekłada się bezpośrednio na życie zwykłych Rosjan. Najbardziej przekonał się o tym handlowy gigant Wildberries, który – począwszy od 18 lipca – stał się przedmiotem ataków przeprowadzonych od Petersburga i Moskwę aż po Krym i kraj krasnodarski.
Kłęby dymu
Spektakularne nagrania przedstawiające ogromne kłęby czarnego dymu nad rosyjskimi miastami błyskawicznie obiegły cały świat. Dla milionów Rosjan był to prawdziwy szok, choć – jak się wkrótce okazało – właściciele Wildberries spodziewali się ataków. Zaledwie 11 dni przed pierwszym uderzeniem dronów firma wprowadziła nowe zasady korzystania z platformy, które wyłączyły jej odpowiedzialność za straty materialne wynikające z nieprzewidzianych sytuacji (w tym ataków dronów). Gdy wieść o tym dotarła do zwykłych Rosjan korzystających na co dzień z popularnej platformy, oburzenie było ogromne, lecz z perspektywy zarządców Wildberries liczy się dziś przede wszystkim walka o przetrwanie, a nie satysfakcja klientów.
