Andruszkiewicz: Prezydent nie chce doprowadzić do paraliżu TK

Andruszkiewicz: Prezydent nie chce doprowadzić do paraliżu TK

Dodano: 
Adam Andruszkiewicz
Adam Andruszkiewicz Źródło: PAP / Albert Zawada
Prezydent Nawrocki jasno pokazuje, że nie będzie realizował scenariusza narzuconego przez rząd i Donalda Tuska. Działa według przepisów prawa i swojej odpowiedzialności za państwo, a nie pod dyktando bieżącej większości parlamentarnej i jej logiki "demokracji walczącej" – mówi DoRzeczy.pl Adam Andruszkiewicz, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta.

DoRzeczy.pl: Panie ministrze, prezydent Karol Nawrocki zdecydował się przyjąć ślubowanie od dwóch kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego, ale nie od pozostałej czwórki. Skąd taka decyzja? Czy to jednocześnie oznacza, że od kolejnych kandydatów ślubowania nie przyjmie?

Adam Andruszkiewicz (Kancelaria Prezydenta): Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego wynika przede wszystkim z jasnej logiki konstytucyjnej i jej politycznej konsekwencji. Po pierwsze, kluczowa jest chronologia. Prezydent objął urząd 6 sierpnia 2025 roku i tylko dwa miejsca w Trybunał Konstytucyjny zostały opróżnione już w trakcie jego kadencji – 5 i 20 grudnia. W związku z tym prezydent uznaje, że jego obowiązkiem jest obsadzenie wyłącznie tych dwóch wakatów, a nie wcześniejszych, których geneza wiąże się z wcześniejszym sporem politycznym. Po drugie, to decyzja dowodząca troski o państwo i jego funkcjonowanie. Prezydent nie chce doprowadzić do dalszego chaosu, czy paraliżu Trybunału, który wcześniej funkcjonował w niepełnym składzie.

Dzięki zaprzysiężeniu dwóch sędziów osiągnięto minimalny wymagany skład do orzekania czyli 11, co umożliwia rozpatrywanie kluczowych spraw – w tym ustaw kierowanych do kontroli czy sporów kompetencyjnych. Po trzecie, to także wyraźny sygnał polityczny. Prezydent jasno pokazuje, że nie będzie realizował scenariusza narzuconego przez rząd i Donalda Tuska. Działa według przepisów prawa i swojej odpowiedzialności za państwo, a nie pod dyktando bieżącej większości parlamentarnej i jej logiki „demokracji walczącej”. Podsumowując, prezydent uzupełnił tylko te miejsca, za które – w jego ocenie – ponosi konstytucyjną odpowiedzialność, jednocześnie zapewniając zdolność Trybunał Konstytucyjny do działania i zachowując polityczną niezależność wobec rządu.

Swoją drogą bawi mnie dzisiejsza postawa koalicji rządzącej, ponieważ doskonale wiemy, że od lat Koalicja Obywatelska kwestionowała w ogóle legalność funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego, gdy skład im się po prostu nie podobał politycznie. Wówczas twierdzili, że w Polsce nie ma legalnie funkcjonującego Trybunału. Przez lata nie obsadzano także wakatów, które powinny być naturalnie uzupełniane. Natomiast teraz, kiedy wpadli na pomysł, żeby próbować siłą przejąć Trybunał Konstytucyjny, to nagle zmieniono w tej materii zdanie i już uważają, że Trybunał powinien być obsadzany, a tym samym prezydent powinien podpisać wszystkie nominacje, tak jak oni to uważają za stosowne. Niestety, tak nie jest.

Władza nie ukrywa, że Trybunał Konstytucyjny potrzebny jest jej do tego, by zakwestionować i cofnąć część zmian, które wprowadził rząd Zjednoczonej Prawicy. Nieoficjalnie mówi się o skargach konstytucyjnych, które mają zostać rozpatrzone pozytywnie. To kolejny plan na obejście prezydenta?

Z pewnością tak. Zacznijmy od tego, że ich postawa od początku do końca była antypaństwowa. Musimy się na chwilę cofnąć w czasie do momentu, gdy takimi instytucjami, jak Trybunał Konstytucyjny, czy Sąd Najwyższy zarządzali tacy ludzie jak Andrzej Rzepliński, czy Małgorzata Gersdorf. Wówczas nikt z koalicji rządzącej Zjednoczonej Prawicy publicznie nie kwestionował legalności wyboru, czy faktu, że to oni są na tych stanowiskach. Po prostu czekano aż wygasną im kadencje i wówczas zmieniano ich składy. Tego wymaga troska o państwo i szacunek do prawa.

W tym przypadku mamy zupełnie odwrotną sytuację. Jest to działanie czysto antypaństwowe i wydaje mi się, że ta obecna próba politycznego przejęcia Trybunału Konstytucyjnego przez obecnie rządzących ma być kolejnym elementem odsłony walki z prezydentem Karolem Nawrockim, który twardo egzekwuje swoje prerogatywy zapisane w Konstytucji. Wiem, że pewnie w siedzibie Platformy Obywatelskiej była taka kalkulacja, że w Pałacu Prezydenckim będzie inny prezydent, a więc Rafał Trzaskowski. Wówczas zostałby on notariuszem koalicji rządzącej, o czym zresztą sam mówi, za co mu dziękujemy, bo jasno pokazuje, że byłby po prostu długopisem Tuska. Jednak tak nie jest z woli narodu polskiego, bo prezydentem został Karol Nawrocki i dzięki temu stoi on na straży wielu interesów Polaków, które są przez obecną koalicję naruszane.

Natomiast jest również tak, że pan prezydent będzie twardo egzekwował swoje uprawnienia, które nadaje mu Konstytucja i zarówno w kontekście nominacji sędziowskich, odbierania zaprzysiężenia, czy też innych kwestii, jak chociażby w kwestiach obronnych czy polityki międzynarodowej. Wszędzie tu są rzeczywiście pola do jakiegoś potencjalnego konfliktu z rządzącymi, ale to jest problem rządu, a nie nasz.

Wczoraj był prima aprilis. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski na portalu X pochwalił się „żartem”, że prezydent rzekomo przyjął kilkadziesiąt nominacji ambasadorskich. Tyle, że część mediów to wzięła na poważnie, a do kandydatów zaczęły spływać gratulacje. Jak Pan to ocenia?

Pan minister Radosław Sikorski naraża na śmieszność polskie państwo. Faktycznie, mamy takie informacje, że już do wielu z tych potencjalnych ambasadorów zaczęły wysyłać inne państwa sygnały o tym, że zostaną nominowani na swoje stanowiska, co jest nieprawdą. Wydawałoby się, że ktoś taki jak szef dyplomacji powinien zawsze ważyć słowa i nie bawić się w prima aprilis. W prima aprilis to możemy się bawić w domu z dziećmi, ale nie w momencie, kiedy jest się oficjalnie szefem MSZ-u i pisze się tego typu farmazony. To pokazuje najlepiej, że pan minister Sikorski absolutnie nie dojrzał do swojej roli, co zresztą udowadniał wielokrotnie. Dziwi to, że ten człowiek ciągle jest poważnie w Polsce traktowany, a wielu o nim mówi jako o następcy Donalda Tuska.

Bardzo mnie to zastanawia, ponieważ on regularnie ma tego typu akcje. Wcześniej sugerował, że Stany Zjednoczone wysadziły Nord Stream, a Polska rozważała rozbiór Ukrainy. Teraz opowiada swoje żarty w kontekście nominacji ambasadorskich. Są to żarty, które bardzo wiele kosztują polskie państwo. Życzyłbym sobie, żeby naprawdę ktoś na stanowisku ministra spraw zagranicznych traktował poważnie politykę międzynarodową.

Skoro mówi Pan o polityce międzynarodowej, to chciałbym zapytać Pana o wizytę Pierwszej Damy Marty Nawrockiej, z którą był Pan w USA na zaproszenie Melanii Trump. Jaki był cel tej wizyty?

Z mojej perspektywy była to bardzo dobra wizyta. Myślę, jednak że nie tylko z mojej, ale też wielu obserwatorów i komentatorów, z których zdaniem się zapoznałem. Pierwsza Dama bardzo czytelnie, ale i z dużym talentem przedstawiła głos Polski na arenie międzynarodowej. Po pierwsze, warto podkreślić, że była to jedna z pierwszych tak znaczących, indywidualnych wizyt naszej Prezydentowej – i Pierwsza Dama w tej konwencji odnalazła się świetnie. Po drugie, wizyta odbyła się na zaproszenie Pierwszej Damy Stanów Zjednoczonych, a jej część odbywała się w Białym Domu, co samo w sobie jest wyraźnym sygnałem wysokiego poziomu relacji między Kancelarią Prezydenta a amerykańską administracją.

Szczyt, na który zostaliśmy zaproszeni był dwudniowy i dotyczył on wpływu sztucznej inteligencji i cyfryzacji na młode pokolenie. Szczyt był organizowany przez Pierwszą Damę Stanów Zjednoczonych, Melanię Trump, zaproszenia zostały wysłane do większości współmałżonków prezydentów. Tyle, że wygłosili oni swoje wystąpienia pierwszego dnia w Departamencie Stanu, gdzie nawet Melania Trump ich nie słuchała osobiście…

A Marta Nawrocka w Białym Domu.

Właśnie… Takie symbole w polityce ważą. Marta Nawrocka miała swoje wystąpienie w Białym Domu, jako jedna chyba z sześciu czy siedmiu współmałżonków i była tam obok chociażby Brigitte Macron, więc to pokazuje pewne wyróżnienie. Uważam, że wystąpienie polskiej Pierwszej Damy było bardzo merytoryczne i było jednym z najlepszych.

W Stanach Zjednoczonych był również prezydent Karol Nawrocki, który wziął udział w konferencji CPAC w Dallas. Tymczasem w Polsce pojawiło się mnóstwo ataków pod adresem prezydenta, między innymi ze strony wspomnianego wcześniej Radosława Sikorskiego. Prezydentowi zarzucono m.in., że wziął udział w prorosyjskiej konferencji, albo, że poleciał na partyjną imprezę za państwowe pieniądze.

Głęboko wzdycham, ponieważ rzeczywiście czytałem tego typu komentarze. Możemy oczywiście budować dziadowskie państwo, w którym będziemy liczyć prezydentowi czy premierowi koszta jego aktywności międzynarodowej. Ja bym jednak wolał, żebyśmy w państwie, które chwali się tym, że wchodzi do G20 i ma aspiracje bycia liderem regionalnym, rozliczali naszych liderów z aktywności, a tego, że np. siedzą w Sopocie i grają w piłkę. Pan prezydent Karol Nawrocki był na jednej z największych na świecie imprez środowisk konserwatywnych, gdzie zbierają się m.in. elity obecnej administracji amerykańskiej, a więc naszego kluczowego sojusznika i był tam gwiazdą.

Prezydent był gościem honorowym CPAC, a w dodatku miał strategiczne wystąpienia na temat relacji transatlantyckich, ale i w tych kwestii ideowych, które są na nas niezwykle ważne. Wydaje się, że to jest dość naturalne, także dla tych wszystkich, którzy z jednej strony ubierają się w szaty tak bardzo antyrosyjskie, że powinni się cieszyć z tego, że prezydent Karol Nawrocki jasno na takich forach międzynarodowych, także w Stanach Zjednoczonych, właśnie na CPAC-u ponosił fakt, że w interesie Polski jest to, żeby Rosja wojnę przegrała, a także, nie chcemy wojsk rosyjskich u granic Polski. To także bardzo jasno wybrzmiało. Tak naprawdę sam nie wiem, jak można dogodzić rządzącym, bo z jednej strony domagają się naszej aktywności, wspierania ich w polityce zagranicznej, a z drugiej strony krytykują, kiedy to się dzieje.

Zwłaszcza, gdy pamięta się, że Radosław Sikorski w ub. roku sam był na konferencji CPAC i chciał przemawiać, ale gospodarze mu nie udzielili głosu.

No właśnie i to pokazuje, jak ważne jest to, że dzisiaj mamy w Pałacu Prezydenckim Prezydenta Karola Nawrockiego, bo mam takie obawy, że gdyby tym Prezydentem byłby ktoś z ekipy Donalda Tuska, to po prostu nie byłoby żadnych relacji ze Stanami Zjednoczonymi.

Czy nie jesteśmy trochę w takim momencie, w którym prezydent obojętnie, co by nie zrobił i tak znalazłby się pod ostrzałem i krytyką?

Zdecydowanie tak jest. Przypominają mi się trochę czasy świętej pamięci Profesora Lecha Kaczyńskiego, kiedy był uruchomiony cały przemysł pogardy w jego kierunku. Dzisiaj ten sam przemysł pogardy, ale uważam, że nawet zwielokrotniony, bo mamy też nowe narzędzia komunikacji, jest wytoczony przeciwko Prezydentowi Karolowi Nawrockiemu. Cały salon III RP, tych skostniałych elit postkomunistycznych, widzi dzisiaj w naszym prezydencie bardzo duże zagrożenie. Pewnie słusznie, bo nasz Prezydent jest twardym liderem, który nawet poprzez takie decyzje jak wyrzucenie z Pałacu Prezydenckiego Okrągłego Stołu pokazuje, że Polska naprawdę ma aspirację tego, żeby być wolna, silna i wolna od tego postkomunistycznego pseudodziedzictwa. Zatem absolutnie te ataki są i one będą się nawarstwiać, ale jednocześnie Polacy ciągle darzą prezydenta największym zaufaniem i szacunkiem spośród innych polityków.

Wspomniał Pan o tym, że te narzędzia są teraz inne. Rząd jakiś czas temu przyjął projekt ustawy, który między innymi niemal zakazuje w Polsce tzw. saszetek nikotynowych. Wiemy z czasów kampanii wyborczej, co rozniosło się w mediach społecznościowych, że pan prezydent takich saszetek używa. Czy w Pałacu ta ustawa i zawarte w niej regulacja nie są odbierana jako personalne uderzenie w prezydenta?

Bez wątpienia jest tak, że po ostatniej kampanii wyborczej te produkty stały się dużo bardziej modne i rozpoznawalne. Przyznam, że sam nigdy nie paliłem i nie używałem tego typu produktów, więc nawet nie widziałem ich istnieniu. Dowiedziałem się dopiero w czasie kampanii, ale żyjemy w wolnym kraju i nasza Kancelaria jest jak najdalej od zakazywania ludziom mówienia tego, jak mają żyć. Ogólnie zawsze uważamy, że należy rozmawiać o profilaktyce, o edukacji zdrowotnej, ale z drugiej strony należy także rozmawiać o tym, jak przyciągać do polskich inwestorów i biznes, żeby nie było sytuacji, w której na przykład dane przepisy uderzą w firmy, które w Polsce inwestują, dają miejsca pracy, w efekcie czego ten biznes przeniesie się chociażby do Czech albo na Słowację, gdzie będzie produkował to samo, tylko już pieniądze nie będą wpływać do polskiego budżetu, lecz do obcego. Należy do takich zagadnień podchodzić rozsądnie.

Czy prezydent skłania się do jakiejś decyzji? Wie Pan coś na ten temat?

Nie mam takiej wiedzy, ale pan prezydent każdy projekt ustawy wnikliwie analizuje, jak również przygląda się argumentom różnych stron, biorąc pod uwagę kwestie i następstwa swoich decyzji zarówno w wymiarze społecznym, jak i gospodarczym. Nie inaczej będzie zapewne i w tym przypadku.

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także