Do byłej pracowniczki kancelarii Romana Giertycha dotarli dziennikarze Wirtualnej Polski i serwisu Money.pl.
Tajemnicza działalność w Liechtensteinie
Jak wynika z ich ustaleń, na kobietę założono w Liechtensteinie podmiot, przez który do spółki polityka Koalicji Obywatelskiej przelano blisko milion złotych. "Wspólniczką była w nim Rosjanka z francuskim paszportem, obsługująca rosyjskie interesy w rajach podatkowych" – czytamy.
Z artykułu dowiadujemy się, że kwoty, które trafiały na konto kancelarii Giertycha pokrywają się z kwotami oraz datami przelewów ze środkami, które według prokuratury zostały nielegalnie wyprowadzone z firmy Polnord. Co ciekawe, powołany do życia podmiot w Liechtensteinie został postawiony w stan gotowości dokładnie 20 dni po tym, jak ostatni przelew trafił do kancelarii posła KO.
Według dziennikarzy, prokuratura zajmująca się przez lata aferą Polnordu nigdy nie zbadała tego wątku sprawy. Nie przesłuchano również oby powiązanych z tą działalnością kobiet.
Giertych odpiera zarzuty. "Legalnie i transparentnie"
Sam Roman Giertych po pytaniach przesłanych mu przez dziennikarzy zaczął odnosić się do sprawy w mediach społecznościowych. Zapewnił w nich, że wszystko odbyło się legalnie i transparentnie. Ponadto podkreślił, że działalność w Liechtensteinie powołała do życia jego żona Barbara. Jednak zgodnie z oficjalnymi dokumentami, na które powołuje się WP, Barbary Giertych formalnie w zarządzie ani strukturze podmiotu Utriusque Iuris Anstalt w ogóle nie było.
Ostatnie oświadczenie posła KO w tej sprawie pojawiło się w piątek, już po publikacji tekstu.
"Jeżeli chodzi o meritum artykułu to teza jest taka, że pieniądze wyprowadzone rzekomo z Polnordu (to wyprowadzenie miało polegać na tym, że Polnord zapłacił do Prokomu za wierzytelności, które miało wykupić i jak się teraz okazuje wykupiło miasto Warszawa, ale tego pan Jadczak nie sprawdził, bo po co wykonać telefon do miasta). Tak więc te rzekomo wyprowadzone pieniądze zdaniem pana Jadczaka prawdopodobnie zostały wpłacone na konto … mojej żony. Wprawdzie pan Jadczak nie przedstawia żadnych dowodów na te okoliczności, ale to tylko i wyłącznie z powodu utrudnień w otrzymaniu takich dowodów. Jako przyczynę utrudnień wskazuje to, że moja żona założyła 15 lat temu spółkę w Lichtenstein. Spółka nazywała się Utriusque Iuris i miała zajmować się działalnością arbitraży małżeńskich. Wprawdzie spółka po dwóch latach została zlikwidowana, bo zbudowanie infrastruktury sądu arbitrażowego okazało się za drogie, ale Pan Jadczak czujnym okiem zauważa w artykule, że jeszcze dwa lata po likwidacji spółki w naszych prywatnych przelewach bankowych, które prześledził, znajdują się przelewy o nazwie Utriusque Iuris. Nie zauważył nasz śledczy jednak, że taką samą nazwę co spółka miała działalność gospodarcza mojej żony. Opisuje on przelewy za jej pracę od klientów w sprawach małżeńskich i gospodarczych. Tym samym nasz znakomity prawie laureat Grand Press po pierwsze nie sprawdził jak skończyły się procesy Polnordu, a po drugie nie sprawdził, że działalność gospodarcza Basi i jej spółka nazywały się tak samo. Spółka Basi w Liechtensteinie została założona w 2011 i zakończyła żywot w 2013. Przyniosła straty. Straciła ona na tym okola 30% zainwestowanych pieniędzy. Koszty funkcjonowania, a szczególnie koszty prawne budowy infrastruktury sądu arbitrażowego, ją po prostu przerosły. Pomysł nie wypalił. Spółka została założona przez firmę prawniczą, która zgodnie z prawem księstwa ją też prowadziła i łączenie nas z inną działalnością tych prawników to absurd i zwykła insynuacja. Teza, że spółka miała ukrywać fakt, że jest Basi własnością jest absurdalna w świetle tego, że nazywała się tak samo jak jej działalność gospodarcza w Polsce. Bardzo oryginalny sposób kamuflowania się. Zarówno ja, jak i moja żona, byliśmy 15 lat temu osobami prywatnymi, a nasze kancelarie nie prowadziły żadnych spraw podmiotów publicznych. Nic więc komu do tego jak traciliśmy nasze pieniądze. Wszystkie nasze dochody zawsze opodatkowaliśmy tylko w Polsce" – napisał na Facebooku poseł KO.
Kończąc, podkreślił iż jedyną rzeczą ciekawą w artykule na jego temat jest to, że "Holding WP naraża siebie i swoich dziennikarzy na odpowiedzialność za naruszenie tajemnicy bankowej i adwokackiej".
Czytaj też:
"Legion Romana Giertycha". Wiceminister mówi wprostCzytaj też:
Bezkarność GiertychaCzytaj też:
Padło pytanie o Giertycha. To sygnał alarmowy dla Tuska?
