Wypowiedzi prezydenta Karola Nawrockiego, a następnie premiera Donalda Tuska na temat skonstruowania przez Polskę własnej broni jądrowej wprowadziły do debaty o wyborze technologii dla drugiej wielkoskalowej elektrowni atomowej – której budowa planowana jest w Bełchatowie lub Koninie – nowy wątek. Chodzi o odpowiedź na pytanie, na ile wybrana technologia może przybliżyć Polskę do produkcji własnej broni jądrowej.
Rząd Tuska zaprosił do negocjacji czterech dostawców: amerykański Westinghouse (realizujący już projekt w Choczewie), francuski EDF, południowokoreański KHNP oraz – co wyprowadza myślenie o energetyce jądrowej z tradycyjnych kolein i za co rządowi należy się pochwała – kanadyjski AtkinsRéalis. Trzej pierwsi proponują reaktory wodno-ciśnieniowe (PWR), które nie sprzyjają produkcji materiałów rozszczepialnych. CANDU to inna historia – właśnie dzięki tej ciężkowodnej technologii Indie zbudowały w 1974 r. swoją pierwszą bombę atomową.
Czy Polska mogłaby powtórzyć ten scenariusz? Technicznie – tak. Politycznie – to znacznie trudniejsze. Przeciwnikiem polskiej bomby atomowej będą najbliżsi sojusznicy, w pierwszej kolejności USA i Francja, ponieważ wzmocnienie pozycji negocjacyjnej Polski żadnemu z tych państw nie jest w smak. USA zablokowały próby pozyskania własnej broni jądrowej przez tak bliskich sojuszników jak Tajwan czy Korea Południowa. Nadto Polskę ograniczają postanowienia Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT). Ale nawet w ich ramach możliwe jest wdrożenie technologii CANDU – tak jak robi to Rumunia. Dwa działające tam reaktory CANDU są pod kontrolą Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), a dopiero co Rumunia podpisała z Kanadyjczykami umowę na dwie kolejne jednostki, wszystko w ramach reżimu antyproliferacyjnego (NPT).
Jeżeli nawet dziś nie planujemy budowy broni jądrowej, to stworzenie potencjału do jej szybkiego zbudowania może wzmocnić naszą pozycję geopolityczną. Przyszłość jest nieprzewidywalna – za 30 lat możemy żałować, że nie przygotowaliśmy się wcześniej. Ten argument przemawia za wyborem dla drugiej elektrowni technologii ciężkowodnej.
Uran pod naszymi stopami
Jednak nie tylko militarne argumenty przemawiają za technologią ciężkowodną. Kanadyjska oferta ma atuty także w czysto cywilnym wymiarze. Reaktory CANDU wykorzystują uran naturalny, co upraszcza cykl paliwowy i uniezależnia Polskę od dostawców wzbogaconego uranu. Polska posiada ok. 7 tys. ton uranu naturalnego, a MAEA na podstawie uwarunkowań geologicznych szacuje, że Polska może posiadać dalsze nawet 100 tys. ton. Choć dziś wobec cen rynkowych uranu na świecie wydobycie odkrytych złóż jest nieopłacalne, to w sytuacji kryzysowej i odcięcia dostaw światowych te zasoby mogą okazać się bezcenne. Warunkiem jest udostępnienie złóż i zbudowanie w Polsce cyklu paliwowego (przetwarzania uranu na paliwo jądrowe). W czasach pokoju Polska może importować uran, choćby z Kanady, a koszt utrzymania w czasach pokoju cyklu paliwowego powinien być potraktowany jako koszt bezpieczeństwa energetycznego.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
