Dla amerykańskiej publiczności metafora z powieści Davida Brina była jasna i czytelna. W innych krajach niekoniecznie. Rzeczowej dyskusji o książce nie sprzyjała też zła sława ekranizacji, czyli filmu Kevina Costnera z 1997 r. Powieść tymczasem jest intrygująca i niegłupia (pomijając niepotrzebny zwrot akcji na samym końcu). Niesie też przesłanie bardzo aktualne i dla Amerykanów, i dla Polaków. Zresztą dla wszystkich, którzy w czasach globalizacji zmagają się z kryzysem tożsamości.
W swojej opowieści David Brin pyta bowiem: Co czyni nas wspólnotą? Pytanie jest o tyle ważne, że wypływa z przekonania, że tylko wspólnota może przetrwać. W odróżnieniu od autorów zainteresowanych w fabułach post-apo jedynie krwawymi jatkami i nurzaniem się w świecie, gdzie człowiek człowiekowi wilkiem oraz kanibalem, Brin chce wiedzieć, jak przetrwać. Ale przetrwanie to coś więcej niż sam fakt fizycznego ocalenia, do tego wszak wystarczy mięcho, kawałek dachu nad głową i solidna pała w dłoni. Przetrwać naprawdę to znaczy znów mieć po co żyć, znów budować świat dla naszych dzieci i wnuków, czynić planetę lepszym miejscem. Nawet po atomowym kataklizmie, który ma miejsce 16 lat przed rozpoczęciem akcji „Listonosza”.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
