Pamiętam, że gdy opadła w Polsce pierwsza fala proukraińskiego entuzjazmu, która wybuchła w lutym 2022 r., gdy Wołodymyr Zełenski po raz pierwszy zbulwersował polską opinię publiczną swoimi poglądami o pojednaniu obydwu narodów, kręcąc w sprawie masakry Polaków na Wołyniu, to na ulicy spotkałem kolegę – Polaka urodzonego i wychowanego na Białorusi. Ten, najwyraźniej nie znając mojego ukrainosceptycyzmu, delikatnie próbował mnie odwieść od egzaltacji nad Ukrainą, którą mi przypisał na wzór postawy większości Polaków. Pamiętam, że mi wtedy powiedział, iż „było do przewidzenia, że miłość polsko-ukraińska będzie krótka i skończy się burzliwie”. Spytałem go, skąd wiedział, że koniec tego związku będzie burzliwy. Wyjaśnił mi, że wychował się na wschodzie i dobrze zna zarówno Ukraińców, jak i Rosjan. Mimo podobieństwa tej samej bizantyjsko-ruskiej kultury i podobnego języka są to dwa narody o odmiennym sposobie bycia, co szczególnie widać w zachowaniu publicznym. Otóż Rosjanie wobec przedstawicieli innych państw są wielce kurtuazyjni i skrupulatnie przestrzegają wszelkich zewnętrznych form i protokołów, aby – gdy będzie taki interes ich Imperium – dokonać najbardziej cynicznego i makiawelicznego posunięcia. Wedle mojego kolegi politycy ukraińscy zachowują się całkowicie odwrotnie. Nie respektują żadnych zewnętrznych form i im bardziej są przyciśnięci do muru, tym bardziej zachowują się „bezczelnie”. Jako dowód podał mi ówczesne zachowanie Zełenskiego, który nie bacząc na całkowitą zależność swojego państwa od dostaw zachodnich biegnących prawie w całości przez Polskę, z niemałym tupetem wykręcał się od przeprosin za zbrodnię wołyńską.
Przyznam, że tamta rozmowa zapadła mi w pamięć i, mniej lub bardziej świadomie, zacząłem przyglądać się zachowaniu polityków rosyjskich i ukraińskich z tej perspektywy. Tak się złożyło, że nieco później miała miejsce wizyta Alaksandra Łukaszenki w Moskwie. Władimir Putin przyjmował go z honorami, jakby przyleciał do niego sojusznik w randze przywódcy imperium. Z ostentacyjnym szacunkiem, choć Łukaszenka przyleciał jako głowa państwa od Rosji mocno zależnego. Mój kolega miał rację. Wystrój zewnętrzny był perfekcyjny, a co było za kulisami, nie wiemy i nigdy się nie dowiemy. Zresztą na ile mgliście z dzieciństwa pamiętam ZSRS i PRL, to spotkania na szczycie wyglądały podobnie, aby nikt nie domyślił się, kto jest zwierzchnikiem, a kto państwem wasalnym. Ukraińscy politycy zachowują się odwrotnie. Widać to szczególnie wtedy, gdy kontaktują się z politykami z innych państw, gdzie butę, pychę i ową „bezczelność” widać dosłownie na każdym kroku. Prawdopodobnie to ten charakterystyczny styl tak zirytował Donalda Trumpa, że wyrzucił Zełenskiego z Białego Domu, z powodu braku garnituru i „bezczelności”, a następnie kazał opublikować komunikat, że przeznaczony dla ukraińskich gości lunch został zjedzony przez pracowników biura prasowego Białego Domu.
Język propagandy
Przedsmak ukraińskiej „bezczelności” politycznej dał już nam styl propagandy wojennej, którą od pierwszego dnia wojny serwował Polsce i światu Kijów. Co gorzej, nad Wisłą propaganda ta była powszechnie przyjmowana za prawdę. Polskie media ochoczo czerpały wiadomości z mediów ukraińskich, a „eksperci” wypowiadający się na temat toczącej się wojny podawali (a często nadal podają) dane za stroną internetową tutejszego Ministerstwa Obrony, która wydaje się je czerpać z księżyca. Jakkolwiek spotkałem się z informacjami, że w kreowaniu obrazu wojny Ukrainie pomagają brytyjskie firmy PR-owskie, to w żaden sposób nie jestem zdolny ich zweryfikować. Zresztą styl tej propagandy jest bardzo ukraiński, ponieważ, w skrócie, polega on na robieniu z Putina, jego generałów, żołnierzy i w ogóle Rosjan kompletnych idiotów. Tak naprawdę styl ten po części jest sowiecki. Mam w domu książkę sowieckiego historyka o ataku III Rzeszy na Związek Sowiecki i mniej więcej połowę tekstu zajmują historyjki o jakimś komsomolcu, który trzema butelkami z benzyną zniszczył pięć hitlerowskich czołgów.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
