Na spotkaniu ministrów obrony NATO w Brukseli w lutym br. Elbridge Colby, amerykański podsekretarz obrony do spraw polityki i strategii, ogłosił przeniesienie odpowiedzialności za konwencjonalną obronę Europy na kraje europejskie, na czele z Niemcami w roli przywódcy. Odtąd projekt ten zwany jest NATO 3.0. Przyjęcie tej linii Colby powtórzył następnie na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, a w komentarzu do ogłoszonej w kwietniu nowej strategii obrony Niemiec pochwalił Berlin za przejmowanie roli lidera obrony europejskiej. Ogłoszenie w maju wycofania 5 tys. żołnierzy amerykańskich z Niemiec, jakkolwiek nieprzedstawiane w ramach polityki międzynarodowej i krajowej, nie jest zatem pokłosiem możliwych waśni na tle wojny amerykańsko-irańskiej, a logicznym elementem procesu przegrupowania amerykańskich sił zbrojnych w skali globalnej, które wywrze swe piętno także na Europie.
W okresie przystępowania Polski do NATO potęga militarna USA jawiła się nam bezsprzecznie jako niezrównana, a stąd idea samego sojuszu pod przywództwem Amerykanów jako niepodważalna i w zasadzie bezterminowa, przynajmniej za naszego mniej lub bardziej długiego życia.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
