Najpierw Wałdaj, potem Pekin. Najpierw patron, od którego Mińsk jest uzależniony, potem mocarstwo, które ma mu dać osłonę. Chiński protokół zadbał o oprawę: czerwony dywan, a nazajutrz rozmowy w Diaoyutai, państwowej rezydencji, w której Pekin podejmuje najważniejszych gości. Łukaszenko powiedział towarzyszącym mu białoruskim dziennikarzom, że pobyt w Chinach jest dla niego „jak powrót do domu” – relacjonował singapurski dziennik "South China Morning Post".
"Żelaźni przyjaciele" i najlepszy okres w historii
Strona chińska nie szczędziła superlatywów. Według komunikatu chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych z 29 czerwca Xi Jinping określił Chiny i Białoruś jako "prawdziwych przyjaciół, którzy sobie ufają i wzajemnie się wspierają", a także "wszechstronnych partnerów strategicznych". Relacje obu państw, jak stwierdził, "przetrwały próbę zmieniających się okoliczności międzynarodowych" i "wkroczyły w najlepszy okres w historii". To formuły, które w chińskiej dyplomacji rezerwuje się dla najbliższych sojuszników.
Xi zapewnił też, że Chiny popierają Białoruś "w obronie suwerenności państwowej, niepodległości i integralności terytorialnej” oraz w wyborze „drogi rozwoju odpowiadającej jej warunkom narodowym". W ustach chińskiego przywódcy, wypowiedziane akurat teraz, brzmiało to jak sygnał adresowany nie tyle do Mińska, ile do Kijowa i stolic zachodnich.
Łukaszenko odpowiedział wyrazem wdzięczności i konkretem gospodarczym. "W każdej dziedzinie rozwoju gospodarczego Białoruś korzysta z chińskich technologii. Jesteśmy zadowoleni z poziomu tych technologii i jakości produktów, które dziś otrzymujemy" – mówił białoruski przywódca, cytowany przez ukraiński dziennik "Ukrainska Prawda" za białoruską służbą prasową. Podkreślił przy tym, że lata 2026 i 2027 ogłoszono Latami Współpracy Przemysłowej między oboma krajami.
Wielki Kamień, czyli chiński przyczółek pod Mińskiem
Za tymi deklaracjami kryje się realny projekt, który Białoruś przedstawia jako dowód opłacalności przyjaźni z Pekinem. To park przemysłowy "Wielki Kamień" (Great Stone) pod Mińskiem. To największa tego typu chińska inwestycja w Europie, położona 25 kilometrów od stolicy, przy międzynarodowym lotnisku i trasie Berlin-Moskwa. Łukaszenko przywołał go w rozmowie z Xi jako przykład udanej współpracy, podkreślając, że lwia cześć zagranicznych inwestycji w parku pochodzi z państwa Środka.
Skala na papierze robi wrażenie, ale wymaga doprecyzowania szczegółów. Według analizy think tanku China Observers in Central and Eastern Europe (CHOICE) z marca 2026 roku chińskie inwestycje w samym parku sięgają około 1,26 miliarda dolarów, a łącznie Białoruś zrealizowała 27 projektów wspieranych przez Chiny o wartości przekraczającej 5 miliardów dolarów. Tyle że, jak zastrzegają autorzy, jedynie około 461 milionów z tej sumy to bezpośrednie inwestycje kapitałowe. Reszta to kredyty państwowe powiązane z obowiązkiem zakupu chińskiego sprzętu i usług. Dla porównania. Rosyjskie subsydia energetyczne dawały Białorusi historycznie około 5 miliardów dolarów wsparcia rocznie. Chiny są więc dla Mińska raczej ograniczoną przeciwwagą niż realną alternatywą dla Moskwy.
Cień Wałdaju
Pekińska serdeczność nabiera ostrości dopiero na tle tego, co poprzedziło wizytę. Zanim Łukaszenko poleciał do Chin, spędził dwa dni w Wałdaju, w prywatnej rezydencji Putina pod Nowogrodem, gdzie rosyjski przywódca rzadko podejmuje zagranicznych gości. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow poinformował agencję TASS, że rozmowy dotyczyły "handlu i współpracy gospodarczej, realizacji wspólnych projektów oraz kwestii bezpieczeństwa regionalnego", i że nie przewidziano żadnych oświadczeń ani podpisów. Zamknięta formuła i brak komunikatów tylko wzmogły spekulacje.
To nie mogło być miłe spotkanie, bo obydwaj przywódcy czują, jak zaciska się na ich szyjach pętla związana z wojną na Ukrainie. 19 czerwca prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski postawił Mińsku ultimatum: tydzień na usunięcie stacji przekaźnikowych, które według strony ukraińskiej pomagały naprowadzać rosyjskie drony na ukraińskie miasta. Zełenski oceniał, jak podała agencja Reutera, że Putin próbuje „popchnąć Łukaszenkę do zwiększenia poparcia dla Moskwy” w wojnie. Amerykański dziennik „The Wall Street Journal” pisał z kolei, że Kreml naciska na Łukaszenkę, by otworzył drugi front przeciwko Ukrainie z terytorium Białorusi. Mińsk konsekwentnie zaprzecza, powtarzając, że nie da się wciągnąć do wojny.
W tym układzie wizyta w Pekinie wygląda na próbę zabezpieczenia. Łukaszenko, ściśnięty między żądaniami Moskwy, presją Kijowa i troską o przetrwanie własnego reżimu, jedzie po dyplomatyczny tlen do Xi. Chiny chętnie go udzielają, nie dlatego, że darzą białoruski reżim szczególną sympatią, lecz dlatego, że stabilny Mińsk jest im potrzebny. Białoruś to korytarz lądowy do Unii Europejskiej i istotny odcinek Nowego Jedwabnego Szlaku. Poważny kryzys wojskowy na jej granicach uderzyłby wprost w chińskie interesy handlowe i logistyczne.
Pekin był zresztą tylko pierwszym przystankiem. Jak informowała białoruska agencja BiełTA, po Chinach Łukaszenko planował dłuższą podróż po Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej, a rozwój współpracy z państwami azjatyckimi Mińsk zalicza do priorytetów swojej „wielowektorowej” polityki zagranicznej. W praktyce to próba pokazania, że reżim ma alternatywy poza Rosją i państwami zachodnimi, nawet jeśli, jak w przypadku Chin, są to alternatywy raczej symboliczne niż zdolne zastąpić rosyjskie subsydia i gwarancje bezpieczeństwa.
Dlaczego to sprawa Polski
Dla Warszawy ta wizyta nie jest odległą egzotyką. Białoruś graniczy z Polską, a każde wzmocnienie osi Mińsk-Moskwa-Pekin przekłada się na sytuację na wschodniej flance NATO. Jesienią 2025 roku Polska zamknęła wszystkie przejścia graniczne z Białorusią po manewrach Zapad i naruszeniach polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony, wstrzymując m.in. ruch kolejowy w węźle Małaszewicze, czyli bramie, przez którą przechodzi większość kolejowego tranzytu towarowego z Chin do UE. Chiny mają więc bezpośredni interes w tym, by na tym szlaku panował spokój, a Pekin dysponuje lewarem na Mińsk, którego brakuje Zachodowi.
I tu leży sedno sprawy. Chiński parasol nad Łukaszenką ma dwa oblicza. Z jednej strony daje białoruskiemu przywódcy poczucie, że nie jest skazany wyłącznie na Moskwę, co teoretycznie mogłoby go powstrzymywać przed najbardziej ryzykownymi krokami. Z drugiej, historia uczy ostrożności. We wrześniu 2025 roku, kilka dni po spotkaniu Putina z Xi w Pekinie, rosyjskie drony naruszyły polską przestrzeń powietrzną. Polityczne „dotlenienie” autorytarnej osi bywało w przeszłości preludium do śmielszych prowokacji w szarej strefie: dronów, incydentów granicznych, presji migracyjnej.
Spotkanie w Diaoyutai nie przyniosło przełomowych podpisów ani nowej doktryny. Przyniosło coś subtelniejszego: potwierdzenie, że gdy Łukaszenko czuje na karku oddech i Moskwy, i Kijowa, ma dokąd polecieć po gest wsparcia. Pytanie, które pozostaje otwarte, nie brzmi "czy Chiny uratują Białoruś", bo nie taka jest ich rola. Brzmi raczej: jak długo Pekin będzie gotów firmować reżim, który coraz mocniej wplątuje się w rosyjską wojnę?
Czytaj też:
O czym Xi radził z Łukaszenką? Uwagę zwraca komunikat MSZ Białorusi Czytaj też:
Łukaszenka u Xi. Zdecydowane wsparcie Chin dla Białorusi
