Przy okazji premiery pierwszego sezonu serialu "Ted Lasso" pisałem na łamach "Do Rzeczy" (nr 39/2020): "Apple TV+ ma w dłoniach skarb, który odpowiednio pielęgnowany może zamienić się w sukces rozciągnięty na kilka telewizyjnych sezonów". Tak też się wydarzyło, świat ogarnęła lassomania, nawet na trenera piłkarskiego Adriana Siemieńca z sukcesami prowadzącego Jagiellonię Białystok niektórzy zaczęli wołać "Ted Podlasso" – bo z Podlasia i równie sympatyczny oraz znający się na ludzkich charakterach jak telewizyjny oryginał.
Ideologiczne zacietrzewienie
Wszystko to kończy się w kiepskim stylu – po trzech sezonach, z których dwa pierwsze były świetne, a trzeci kontrowersyjny, przyszła pora na premierę sezonu czwartego, który poprzednim nie dorównuje. Gdyby tylko chodziło o spadek formy scenarzystów, można byłoby machnąć ręką. Kłopoty z nowymi odcinkami są jednak symptomem choroby poważniejszej – ideologicznego zacietrzewienia i politycznej perswazji, które królują w Hollywood. Twórcy "Teda Lasso" robili przez długi czas serial zabawny i wzruszający. Teraz postanowili zrobić serial słuszny.
